środa, 30 lipca 2014

1. Księżniczka Fiona

Dzień pierwszy
ON
A może to był tylko taki zły sen?
Taki, wiecie, niby dowcipny psikus mojej podświadomości, która zbuntowała się przeciwko samotnym wakacjom. Bo w sumie to co za frajda tak samemu, skoro mieliśmy przyjechać tu całą piątką? Ba, szóstką nawet, ale Karl już na początku maja powiedział, że nie może. Trochę szkoda, bo w kadrze to on właściwie taki mój kumpel najbliższy. No ale co zrobisz? Jak to mawia ten zabawny Polak - skały nie zjesz. Chociaż ja tam bym polemizował, Wank wszystko potrafi. W każdym razie jeden nam odpadł, ale płakać nie zamierzaliśmy, bo przecież w pięciu też mogliśmy się super bawić. Mogliśmy... Szkoda tylko, że Freitag sobą by nie był, gdyby nie wpadł na jakiś iście bombastyczny pomysł. W jego mniemaniu przynajmniej!
Raj znalazłem. Raj, panowie! - zakrzyknął razu pewnego, wymachując jakimś świstkiem papieru z wielkim delfinem w roli loga. - Morze, plaża i słoneczko, a do tego szalone imprezy do białego rana i Polki. Polki, panowie, Polki! Piękne, młodziutkie i, co najważniejsze, chętne! Czego chcieć więcej?
Niektórym to jednak niewiele potrzeba do pełni szczęścia.
I tak oto klamka zapadła. Jedziemy do Lloret de Mar! To znaczy oni jadą, bo ja o tej polsko-hiszpańskiej jaskini rozpusty to mogłem sobie co najwyżej pomarzyć. Nie przeczę, że trochę w tym i mojej winy, a raczej głupoty, bo trzeba było Ryśkowi porządnie w łeb przywalić – nie tak, żeby mu się coś stało, o nie, tylko żeby przytomność na chwilę stracił i przestał się kłócić, że to on wymyślił tę całą Katalonię – a na pertraktacje z mamuśką Severina posłać. Wierzcie mi, Ryszard Pierwszy Wielki to bajerę może i ma, ale jedynie do uwodzenia biednych, naiwnych nieletnich. Z dorosłymi nie idzie mu ani za grosz. W przeciwieństwie do takiego Freunda, którego to wszystkie mamo-babcie wprost uwielbiają. I jeszcze te takie smarkate z warkoczykami przy uszach. Gdyby lubił dzieci, to miałby niezłe branie. Na szczęście, bądź nieszczęście, smarkate go nie kręcą, a niesmarkate nie chcą, więc biedny Severin wciąż samotny. Wróćmy jednak do wakacji. Gadki – nie mylić z gatkami, choć chcę święcie wierzyć, że te również nic by nie zdziałały – Freitaga na mojej mamie najmniejszego wrażenia nie zrobiły, a wręcz przeciwnie. Gagatka na siedem wiatrów przegoniła, a mi kilkugodzinny wykład o moralności i poszanowaniu kobiet zafundowała.
Tak oto w skrócie przedstawia się powód dla którego czwórka moich ukochanych kumpli wygrzewa sobie tyłki na plażach Dzikiego Wybrzeża, a ja biedny wylądowałem na wyspie Afrodyty sam. Całkowicie, zupełnie sam! Samiutki jak paluszek, a ta piegowata wiedźma była jedynie nocną marą. Potrzebą bliskości kadrowych wariatów.
Ej, myślicie, że jakby tak złączyć Wanka, Freitaga, Freunda i Krausa to powstałaby taka ruda maszkara?
Tak się bowiem składa, że ja to tę babciną pannę perfekcyjną zdążyłem już co nieco poznać. Oczywiście nie osobiście, ale pińcet opowiastek o idealnej Vilmusi w każde Święta, urodziny, imieniny i wizyty całkiem bez powodu pozwala mi w obecnej chwili stwierdzić, że jednak coś tu nie gra.
Bo Vilmusia to taka porządna, sumienna dziewczynka. Zawsze wszystko dokładanie wysprząta, poukłada i jeszcze co do sekundy pamięta o moich lekarstwach. Bez niej to już dawno bym się w tym wszystkim pogubiła.
Nawet nie wiesz wnusiu, jaka ta moja Vilmusia to ułożona młoda dama. Takich typków jak ten twój Richard to z patelnią by pogoniła. Ostatnio przyczepił się do niej taki właśnie gagatek...
Przyznaję, przestałem słuchać w tym momencie, więc nie mam bladego pojęcia jaki to gagatek pokusił się na rudą flądrę.
A wiesz, że moja Vilmusia to też fizyką się interesuje? Nawet studiowała coś z nią związanego. Niesamowite, jaka mądra jest ta dziewuszka.
A jaka ładniutka ta moja Vilmusia, chcesz zobaczyć jej zdjęcie?
Nie chciałem. Mój błąd! Teraz miałbym niezbity dowód, że to coś z zeszłej nocy, to zdecydowanie nie jest babcina Vilmusia tylko ostro przerysowana karykatura moich szanownych kumpli, bo słuchajcie...
Moja Vilmusia to syf robi niemal jak Wank. Ledwo dotarliśmy do naszego domku, a ta sru walizki na środek salonu. Jeden klapek – ten z plamą po różowej gumie do żucia - na dole schodów, drugi na ich szczycie, a gdzieś pośrodku skórzana kurteczka – rozbiera się więc prawie jak Freitag. Chociaż on to raczej już spodnie a nie dopiero wierzchnie ubranie gubi na schodach. Idźmy jednak dalej, bo zagłębianie się w striptiz Ryśka nie jest zbyt bezpieczne. Po Freundzie odziedziczyła chyba irytujący zwyczaj zgrywania inteligenta. Inteligenta oderwanego od jakiegokolwiek przyziemnego świata. Wyobraźcie sobie, że przez bite cztery godziny lotu praktycznie nie wytknęła nosa z książki. Papierowej w dodatku! No ja nie sądziłem, że takie coś, to w ogóle jeszcze produkują. A ta czytała nawet podczas posiłku. Oderwała się dopiero wtedy, kiedy próbowałem jej dosypać soli do herbaty. Suchar, wiem. W dodatku strzeliła mnie po łapach i powróciła do pasjonującej lektury. Jakie irytujące cechy dostała w spadku od Krausa, ciężko powiedzieć - no może poza wzrostem - bo gościa ledwo znamy, ale w przeciwieństwie do niej, Marinus ponoć jest fajny.
Czy to wystarczy, abym mógł obudzić się w domku na Cyprze sam? Samiuteńki...
- Andi, wstałeś już? - Witaj rzeczywistości! - Andi.
Ta, drzyj się głośniej, może jeszcze na tej tureckiej części wyspy cię nie słyszeli – myślę, wywołując wilka z lasu. - No już, wstaję, cicho być.
Nie zdążam jednak postawić ani jednej nogi na ziemi, a ta wpada jak bomba do mojej sypialni. Zero wychowania! Gromię ją wzrokiem rozwścieczonego bazyliszka, choć muszę przyznać, że aromat brzoskwiniowego koktajlu ze szczyptą cynamonu, który trzyma w dłoni, czaruje moje zmysły.
- Pośpiesz się, dzieciaku, bo się spóźnimy na lekcje nurkowania – rzuca tonem upierdliwej nauczycielki. Mam ochotę ukręcić jej ten rudy łeb za tego dzieciaka. Nie jestem dzieckiem. Mam osiemnaście lat! - Zrobiłam ci świeży koktajl – dodaje, wyciągając to pachnące cudo w moją stronę. Żołądek aż mi się skręca i lada moment zacznie burczeć.
- Nie jestem głodny – prycham, wciąż obrażony za tego dzieciaka. Niech sobie nie myśli, że mam dziesięć lat. Zachowałem się jakbym miał z pięć.
Widzę, jak przez jej piegowatą twarz przebiega cień zawodu, ale po chwili wzrusza ramionami i sama upija łyk ze szklanki, kierując się w stronę drzwi.
Ej, chwila, stój! Zmieniłem zdanie. Słyszysz jak mi kiszki marsza grają? - Słyszy, bo odwraca się z kpiącym uśmieszkiem i upija kolejny łyczek, po czym ostentacyjnie oblizuje wargi. Tak wiem, że smaczne, jędzo wredna. W dodatku, gdyby nie fakt, że jest totalnie nieatrakcyjna i stara jak dinozaur, uznałabym to za całkiem seksowne. - Idź już, ruda małpo, sam sobie zrobię koktajl i spóźnimy się na nurkowanie. Mi tam nie zależy.
Już prawie oddycham z ulgą, ale nagle dociera do mnie, że te drzwi, które ona otwiera, to wcale na korytarz nie prowadzą. One prowadzą do mojej szafy!
Sio od moich ciuchów, cholero jedna. Jestem już na tle duży, że potrafię ubrać się samodzielnie. No i nie jestem Ryśkiem, który miewa dziwne fetysze. Mnie co najwyżej może kręcić rozbieranie – oczywiście nie przez ciebie – ale nie ubieranie. Paszoł won. Zostaw moją koszulkę w Gumisie.
Wyskakuję z łóżka i wyrywam jej z dłoni moją własność.
- Poradzę sobie sam – prycham, a ona odwraca się powolutku i chyba w końcu uświadamia sobie, że jednak takim ostatnim dzidziusiem to ja już nie jestem, bo policzki pąsowieją jej niczym dorodny pomidor.
Ty, ciesz się, że chociaż te bokserki mam. Wakacje są, mógłbym spać zupełnie bez niczego.
- Nudzi mi się - jęczę jakieś półtorej godziny później, siedząc na plaży i ciągnąc rudą jędzę za rąbek kolorowej spódnicy. Chciała robić za niańkę, to niech ma. - Nudzi!
Gromi mnie karcącym spojrzeniem kujona. No sorry, nie każdy marzy o traceniu kilku wakacyjnych godzin na durne nauki o maskach, płetwach, butlach z tlenem i innych tym podobnych bzdetach. W dodatku siedząc w ponad czterdziestostopniowym upale. Chowamy się jak ciecie pod jedną, małą palemką, a i tak czuję, jak słońce wędruje po moich plecach, gryząc każdy, najmniejszy skrawek odsłoniętego ciała. Wymarzony początek wypoczynku.
- Ucieknijmy stąd, ten stary trep i tak nic nie zauważy - marudzę dalej. Jej mina mówi jedno, znów jestem tylko upierdliwym bachorem. Tak z osiem, dziesięć lat max. Uśmiecham się więc pod nosem. - Ale tu gorąco - rzucam nie zmieniając upierdliwego tonu i, choć wiem, że moje poparzone plecy szybko mnie za to przeklną, ściągam koszulkę.
Zerka niby od niechcenia. No i proszę, znów jestem dorosły. W dodatku dwie urocze dziewczyny - drobniutka brunetka i śliczna, długonoga blondi - odwracają się w naszą stronę z wyraźnym zainteresowaniem.
- Cześć, jestem Alicja - przedstawia się jasnowłosa po angielsku, ale z doskonale znanym mi akcentem. Polka! A niech cię, Freitag skręci z zazdrości. – A to moja koleżanka Fiona - dodaje, wskazując na ciemnowłosą. Fiona? Jak ta ogrzyca ze Shreka?
Głośne chrząknięcie. Odrywam wzrok od nowych znajomych i spoglądam na rudą potworę, która wciska mi w łapę krem do opalania.
Księżniczka Fiona...
***
Dzień przed wyjazdem
ONA
Największy paradoks tych wakacji?
Przez dwa tygodnie starałam się z upierdliwego dzieciaka zrobić mężczyznę, a na sam koniec najbardziej rozczulającym momentem wyjazdu okazał się dorosły facet cieszący się jak malutkie dziecko.
- Ładnie to tak grzebać w cudzych rzeczach? - rzucam groźnie, choć moja mina zdecydowanie bardziej wskazuje na rozbawienie niż złość.
Blondyn powolutku odwraca się w moją stronę. Niebieskie oczy lśnią mu niczym dwie pięciozłotówki, a na ustach maluje się najbardziej rozbrajający uśmiech świata. Szczeniacka radość z powodu niecodziennego odkrycia nie pozostawia ani odrobinki miejsca dla zakłopotania czy poczucia wstydu za swój wybryk. Czyściutka, pierwotna radość.
- Skąd masz Game Boya? - pyta, z trudem odrywając uwagę od zabawki. Radość trzylatka podczas gwiazdki. - Gram w Mario!
Nie wiem, czy w tym momencie więcej jest we mnie rozbawienia czy wzruszenia. I jeśli nawet jeszcze kilkanaście sekund wcześniej miałam jakiekolwiek uczuciowe rozdarcie, to teraz jestem na sto procent pewna, że podjęłam właściwą decyzję, wybierając właśnie jego. Z szerokim uśmiechem podchodzę i składam na jego ustach czuły pocałunek. Zupełnie inny niż wszystkie dotychczas. Pewny i nieco wariacki.
- Chodź – mówię po chwili, ciągnąc go za rękę w stronę drzwi, a kiedy jego zaskoczenie układa się w ciężkie do zrozumienia 'gdzie', dodaję szybko: - Wysmarujemy chłopakom klamki, w końcu dzisiaj zielona noc.
Ktoś mi może wytłumaczyć, jak do tego wszystkiego doszło? Jak przeżyliśmy te dziwaczne czternaście dni, żonglując uczuciami i puszczając dłonie na rozszalałym rollercoasterze życia? Gdyby ktoś dwa tygodnie temu powiedział mi, że zadurzę się w dzieciaku, wyśmiałabym go bez zastanowienia. Czego więc, moi kochani, dosypywaliście mi do tych drinków, co? Przyznawać się, ale już!
###

- Hej, księżniczko, grasz z nami w siatkówkę? - Przetrwaliśmy pierwsze zajęcia z pływania i ku ogromnej radości pana marudy, ruszyliśmy na plażę, a wraz z nami szanowne panny Flo i Ali.
Niekoniecznie rozumiem, jak z Fiony można uzyskać skrót Flo - i czemu obie muszą być trzyliterowe - ale jak się pierwszy raz pomyliłam i powiedziałam Fio, to omal mi nosa nie rozkwasiła. Wybrałam więc najbezpieczniejsze rozwiązanie i przestałam się odzywać. Tak oto oni, przy akompaniamencie damskich śmichów-chichów i polskich zachwytów nad jego niby to urodziwą klatą, ruszyli do morza, a ja wreszcie w pełnym spokoju mogłam oddać się lekturze skandynawskich kryminałów. Kopalnia pomysłów, jak ukrócić me męki.
Aż w końcu przylazło toto i co mu się zachciało? Mamo pić, mamo jeść, mamo kaka... Nie, na szczęście w tych sprawach radził sobie sam. Ba! Nawet jakiegoś niebieskiego potwora z palemką raczył mi przynieść.‘Bezalkoholowe’ - rzekł, ale zarówno jego rozbawione oblicze, jak i moja krzywa mina wskazywały raczej, że więcej w tym rumu niż czegokolwiek innego. W sumie smaczne było.
No dobrze, wróćmy może do siatkówki, bo to bezpieczniejsze niż picie z małolatem. Tylko że, no sorry bardzo, czy ja wyglądam na osobę lubiącą i umiejącą grać w tę grę? Podpowiem - nie, nie znoszę. Piłka jest ode mnie większa, a już na pewno silniejsza po uderzeniu takiego wielkoluda jak Andreas czy ta blondi z nogami do nieba. 
Ileż ja bym dała za takie nogi!
- Nie, dzięki, tu mi dobrze - odpowiedziałam niby uprzejmie. Jak już się tak chłopak postarał, nawet jakąś tu księżniczką spróbował poczarować, to co? Przecież nie będę taką skończoną jędzą. - Ale jak już tu jesteś, to możesz mi plecy posmarować.
Nauczka na wieki - nie prosić dzieci o smarowanie olejkiem. W przeźroczystej mazi o tropikalnym zapachu ananasów i kokosa byłam ja, on, ręcznik na moim leżaku, ręcznik na jego leżaku, koc dziewczyn i cały okoliczny piasek. Tylko olejku na moje plecy brakło.
- Idziemy do morza się umyć! - zawołał uradowany i nim zdążyłam zareagować, znalazłam się na jego rękach, a raczej na ziemi, bo jego tłuste od olejku łapska okazały się jedynie króciutką przejściówką. Szkoda że tak wysoką. - Nie bij, księżniczko. - Gdybym już wtedy wiedziała o co mu chodzi z tą księżniczką, zakopałabym go żywcem na tej plaży.
- Idę nad basen, a ty mi się lepiej do wieczora na oczy nie pokazuj. 
Oczywiście, że pół godziny później przylazł i rozłożył się dokładnie obok mnie. 
- Co robisz? - Czytam, nie widać, baranie? Właśnie jest o tym, jak pozbyć się zwłok. - Zróbmy coś fajnego... Ali i Flo musiały iść do siebie, a ja nie lubię tak plackiem leżeć. Fajne panny, tak w ogóle. Polki w dodatku. Richie to, kurczę, jednak wie co dobre. A te nogi Alicji. Już widzę, jak mnie nimi oplata. Myślisz, że mam u niej szansę? Taki, wiesz, wakacyjny romansik. Ej, gdzie idziesz? – W pizd u! Jak najdalej od ciebie!- Czekaj na mnie, ja też idę do basenu – wydarł się na pół hotelowego terenu i wskoczył do wody, rozbryzgując ją na jakieś wyraźnie obrażone tym faktem, starsze panie.
Lepiej utopić jego czy siebie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz