
Dzień pierwszy
ON
A
może to był tylko taki zły sen?
Taki,
wiecie, niby dowcipny psikus mojej podświadomości, która
zbuntowała się przeciwko samotnym wakacjom. Bo w sumie to co za
frajda tak samemu, skoro mieliśmy przyjechać tu całą piątką?
Ba, szóstką nawet, ale Karl już na początku maja powiedział, że
nie może. Trochę szkoda, bo w kadrze to on właściwie taki mój
kumpel najbliższy. No ale co zrobisz? Jak to mawia ten zabawny Polak
- skały nie zjesz. Chociaż ja tam bym polemizował, Wank wszystko
potrafi. W każdym razie jeden nam odpadł, ale płakać nie
zamierzaliśmy, bo przecież w pięciu też mogliśmy się super
bawić. Mogliśmy... Szkoda tylko, że Freitag sobą by nie był,
gdyby nie wpadł na jakiś iście bombastyczny pomysł. W jego
mniemaniu przynajmniej!
Raj
znalazłem. Raj, panowie! - zakrzyknął razu pewnego,
wymachując jakimś świstkiem papieru z wielkim delfinem w roli
loga. - Morze, plaża i słoneczko, a do tego szalone imprezy
do białego rana i Polki. Polki, panowie, Polki! Piękne, młodziutkie
i, co najważniejsze, chętne! Czego chcieć więcej?
Niektórym
to jednak niewiele potrzeba do pełni szczęścia.
I
tak oto klamka zapadła. Jedziemy do Lloret de Mar! To
znaczy oni jadą, bo ja o tej polsko-hiszpańskiej jaskini rozpusty
to mogłem sobie co najwyżej pomarzyć. Nie przeczę, że trochę w
tym i mojej winy, a raczej głupoty, bo trzeba było Ryśkowi
porządnie w łeb przywalić – nie tak, żeby mu się coś stało,
o nie, tylko żeby przytomność na chwilę stracił i przestał się
kłócić, że to on wymyślił tę całą Katalonię – a na
pertraktacje z mamuśką Severina posłać. Wierzcie mi, Ryszard
Pierwszy Wielki to bajerę może i ma, ale jedynie do uwodzenia
biednych, naiwnych nieletnich. Z dorosłymi nie idzie mu ani za
grosz. W przeciwieństwie do takiego Freunda, którego to wszystkie
mamo-babcie wprost uwielbiają. I jeszcze te takie smarkate z
warkoczykami przy uszach. Gdyby lubił dzieci, to miałby niezłe
branie. Na szczęście, bądź nieszczęście,
smarkate go nie kręcą, a niesmarkate nie chcą,
więc biedny Severin wciąż samotny. Wróćmy jednak do wakacji.
Gadki – nie mylić z gatkami, choć chcę święcie wierzyć, że
te również nic by nie zdziałały – Freitaga na mojej mamie
najmniejszego wrażenia nie zrobiły, a wręcz przeciwnie. Gagatka na
siedem wiatrów przegoniła, a mi kilkugodzinny wykład o moralności
i poszanowaniu kobiet zafundowała.
Tak
oto w skrócie przedstawia się powód dla którego czwórka moich
ukochanych kumpli wygrzewa sobie tyłki na plażach Dzikiego
Wybrzeża, a ja biedny wylądowałem na wyspie Afrodyty sam.
Całkowicie, zupełnie sam! Samiutki jak paluszek, a ta piegowata
wiedźma była jedynie nocną marą. Potrzebą bliskości kadrowych
wariatów.
Ej,
myślicie, że jakby tak złączyć Wanka, Freitaga, Freunda i Krausa
to powstałaby taka ruda maszkara?
Tak
się bowiem składa, że ja to tę babciną pannę perfekcyjną
zdążyłem już co nieco poznać. Oczywiście nie osobiście, ale
pińcet opowiastek o idealnej Vilmusi w każde Święta, urodziny,
imieniny i wizyty całkiem bez powodu pozwala mi w obecnej chwili
stwierdzić, że jednak coś tu nie gra.
Bo
Vilmusia to taka porządna, sumienna dziewczynka. Zawsze wszystko
dokładanie wysprząta, poukłada i jeszcze co do sekundy pamięta o
moich lekarstwach. Bez niej to już dawno bym się w tym wszystkim
pogubiła.
Nawet
nie wiesz wnusiu, jaka ta moja Vilmusia to ułożona młoda dama.
Takich typków jak ten twój Richard to z patelnią by pogoniła.
Ostatnio przyczepił się do niej taki właśnie gagatek...
Przyznaję,
przestałem słuchać w tym momencie, więc nie mam bladego pojęcia
jaki to gagatek pokusił się na rudą flądrę.
A
wiesz, że moja Vilmusia to też fizyką się interesuje? Nawet
studiowała coś z nią związanego. Niesamowite, jaka mądra jest ta
dziewuszka.
A
jaka ładniutka ta moja Vilmusia, chcesz zobaczyć jej zdjęcie?
Nie
chciałem. Mój błąd! Teraz miałbym niezbity dowód, że to coś z
zeszłej nocy, to zdecydowanie nie jest babcina Vilmusia tylko ostro
przerysowana karykatura moich szanownych kumpli, bo słuchajcie...
Moja
Vilmusia to syf robi niemal jak Wank. Ledwo dotarliśmy do naszego
domku, a ta sru walizki na środek salonu. Jeden klapek – ten z
plamą po różowej gumie do żucia - na dole schodów, drugi na ich
szczycie, a gdzieś pośrodku skórzana kurteczka – rozbiera się
więc prawie jak Freitag. Chociaż on to raczej już spodnie a nie
dopiero wierzchnie ubranie gubi na schodach. Idźmy jednak dalej, bo
zagłębianie się w striptiz Ryśka nie jest zbyt bezpieczne. Po
Freundzie odziedziczyła chyba irytujący zwyczaj zgrywania
inteligenta. Inteligenta oderwanego od jakiegokolwiek przyziemnego
świata. Wyobraźcie sobie, że przez bite cztery godziny lotu
praktycznie nie wytknęła nosa z książki. Papierowej w dodatku! No
ja nie sądziłem, że takie coś, to w ogóle jeszcze produkują. A
ta czytała nawet podczas posiłku. Oderwała się dopiero wtedy,
kiedy próbowałem jej dosypać soli do herbaty. Suchar, wiem. W
dodatku strzeliła mnie po łapach i powróciła do pasjonującej
lektury. Jakie irytujące cechy dostała w spadku od Krausa, ciężko
powiedzieć - no może poza wzrostem - bo gościa ledwo znamy, ale w
przeciwieństwie do niej, Marinus ponoć jest fajny.
Czy
to wystarczy, abym mógł obudzić się w domku na Cyprze sam?
Samiuteńki...
-
Andi, wstałeś już? - Witaj rzeczywistości! - Andi.
Ta,
drzyj się głośniej, może jeszcze na tej tureckiej części wyspy
cię nie słyszeli – myślę, wywołując wilka z lasu.
- No już, wstaję, cicho być.
Nie
zdążam jednak postawić ani jednej nogi na ziemi, a ta wpada jak
bomba do mojej sypialni. Zero wychowania! Gromię ją wzrokiem
rozwścieczonego bazyliszka, choć muszę przyznać, że aromat
brzoskwiniowego koktajlu ze szczyptą cynamonu, który trzyma w
dłoni, czaruje moje zmysły.
-
Pośpiesz się, dzieciaku, bo się spóźnimy na lekcje nurkowania –
rzuca tonem upierdliwej nauczycielki. Mam ochotę ukręcić jej ten
rudy łeb za tego dzieciaka. Nie jestem dzieckiem. Mam osiemnaście
lat! - Zrobiłam ci świeży koktajl – dodaje, wyciągając to
pachnące cudo w moją stronę. Żołądek aż mi się skręca i lada
moment zacznie burczeć.
-
Nie jestem głodny – prycham, wciąż obrażony za tego dzieciaka.
Niech sobie nie myśli, że mam dziesięć lat. Zachowałem
się jakbym miał z pięć.
Widzę,
jak przez jej piegowatą twarz przebiega cień zawodu, ale po chwili
wzrusza ramionami i sama upija łyk ze szklanki, kierując się w
stronę drzwi.
Ej,
chwila, stój! Zmieniłem zdanie. Słyszysz jak mi kiszki marsza
grają? - Słyszy, bo odwraca się z kpiącym uśmieszkiem i
upija kolejny łyczek, po czym ostentacyjnie oblizuje wargi. Tak
wiem, że smaczne, jędzo wredna. W dodatku, gdyby nie fakt, że jest
totalnie nieatrakcyjna i stara jak dinozaur, uznałabym to za całkiem
seksowne. - Idź już, ruda małpo, sam sobie zrobię koktajl
i spóźnimy się na nurkowanie. Mi tam nie zależy.
Już
prawie oddycham z ulgą, ale nagle dociera do mnie, że te drzwi,
które ona otwiera, to wcale na korytarz nie prowadzą. One prowadzą
do mojej szafy!
Sio
od moich ciuchów, cholero jedna. Jestem już na tle duży, że
potrafię ubrać się samodzielnie. No i nie jestem Ryśkiem, który
miewa dziwne fetysze. Mnie co najwyżej może kręcić rozbieranie –
oczywiście nie przez ciebie – ale nie ubieranie. Paszoł won.
Zostaw moją koszulkę w Gumisie.
Wyskakuję
z łóżka i wyrywam jej z dłoni moją własność.
-
Poradzę sobie sam – prycham, a ona odwraca się powolutku i chyba
w końcu uświadamia sobie, że jednak takim ostatnim dzidziusiem to
ja już nie jestem, bo policzki pąsowieją jej niczym dorodny
pomidor.
Ty,
ciesz się, że chociaż te bokserki mam. Wakacje są, mógłbym spać
zupełnie bez niczego.
-
Nudzi mi się - jęczę jakieś półtorej godziny później, siedząc
na plaży i ciągnąc rudą jędzę za rąbek kolorowej spódnicy.
Chciała robić za niańkę, to niech ma. - Nudzi!
Gromi
mnie karcącym spojrzeniem kujona. No sorry, nie każdy marzy o
traceniu kilku wakacyjnych godzin na durne nauki o maskach, płetwach,
butlach z tlenem i innych tym podobnych bzdetach. W dodatku siedząc
w ponad czterdziestostopniowym upale. Chowamy się jak ciecie pod
jedną, małą palemką, a i tak czuję, jak słońce wędruje po
moich plecach, gryząc każdy, najmniejszy skrawek odsłoniętego
ciała. Wymarzony początek wypoczynku.
-
Ucieknijmy stąd, ten stary trep i tak nic nie zauważy - marudzę
dalej. Jej mina mówi jedno, znów jestem tylko upierdliwym bachorem.
Tak z osiem, dziesięć lat max. Uśmiecham się więc pod nosem. -
Ale tu gorąco - rzucam nie zmieniając upierdliwego tonu i, choć
wiem, że moje poparzone plecy szybko mnie za to przeklną, ściągam
koszulkę.
Zerka
niby od niechcenia. No i proszę, znów jestem dorosły. W dodatku
dwie urocze dziewczyny - drobniutka brunetka i śliczna, długonoga
blondi - odwracają się w naszą stronę z wyraźnym
zainteresowaniem.
-
Cześć, jestem Alicja - przedstawia się jasnowłosa po angielsku,
ale z doskonale znanym mi akcentem. Polka! A niech cię, Freitag
skręci z zazdrości. – A to moja koleżanka Fiona - dodaje,
wskazując na ciemnowłosą. Fiona? Jak ta ogrzyca ze Shreka?
Głośne
chrząknięcie. Odrywam wzrok od nowych znajomych i spoglądam na
rudą potworę, która wciska mi w łapę krem do opalania.
Księżniczka
Fiona...
***
Dzień przed wyjazdem
ONA
Największy
paradoks tych wakacji?
Przez
dwa tygodnie starałam się z upierdliwego dzieciaka zrobić
mężczyznę, a na sam koniec najbardziej rozczulającym momentem
wyjazdu okazał się dorosły facet cieszący się jak malutkie
dziecko.
-
Ładnie to tak grzebać w cudzych rzeczach? - rzucam groźnie, choć
moja mina zdecydowanie bardziej wskazuje na rozbawienie niż złość.
Blondyn
powolutku odwraca się w moją stronę. Niebieskie oczy lśnią mu
niczym dwie pięciozłotówki, a na ustach maluje się najbardziej
rozbrajający uśmiech świata. Szczeniacka radość z powodu
niecodziennego odkrycia nie pozostawia ani odrobinki miejsca dla
zakłopotania czy poczucia wstydu za swój wybryk. Czyściutka,
pierwotna radość.
-
Skąd masz Game Boya? - pyta, z trudem odrywając uwagę od zabawki.
Radość trzylatka podczas gwiazdki. - Gram w Mario!
Nie
wiem, czy w tym momencie więcej jest we mnie rozbawienia czy
wzruszenia. I jeśli nawet jeszcze kilkanaście sekund wcześniej
miałam jakiekolwiek uczuciowe rozdarcie, to teraz jestem na sto
procent pewna, że podjęłam właściwą decyzję, wybierając
właśnie jego. Z szerokim uśmiechem podchodzę i składam na jego
ustach czuły pocałunek. Zupełnie inny niż wszystkie dotychczas.
Pewny i nieco wariacki.
-
Chodź – mówię po chwili, ciągnąc go za rękę w stronę drzwi,
a kiedy jego zaskoczenie układa się w ciężkie do
zrozumienia 'gdzie', dodaję szybko: - Wysmarujemy
chłopakom klamki, w końcu dzisiaj zielona noc.
Ktoś
mi może wytłumaczyć, jak do tego wszystkiego doszło? Jak
przeżyliśmy te dziwaczne czternaście dni, żonglując uczuciami i
puszczając dłonie na rozszalałym rollercoasterze życia? Gdyby
ktoś dwa tygodnie temu powiedział mi, że zadurzę się w
dzieciaku, wyśmiałabym go bez zastanowienia. Czego więc, moi
kochani, dosypywaliście mi do tych drinków, co? Przyznawać się,
ale już!
###
-
Hej, księżniczko, grasz z nami w siatkówkę? - Przetrwaliśmy
pierwsze zajęcia z pływania i ku ogromnej radości pana marudy,
ruszyliśmy na plażę, a wraz z nami szanowne panny Flo i Ali.
Niekoniecznie
rozumiem, jak z Fiony można uzyskać skrót Flo - i czemu obie muszą
być trzyliterowe - ale jak się pierwszy raz pomyliłam i
powiedziałam Fio, to omal mi nosa nie rozkwasiła. Wybrałam więc
najbezpieczniejsze rozwiązanie i przestałam się odzywać. Tak oto
oni, przy akompaniamencie damskich śmichów-chichów i polskich
zachwytów nad jego niby to urodziwą klatą, ruszyli do morza, a ja
wreszcie w pełnym spokoju mogłam oddać się lekturze
skandynawskich kryminałów. Kopalnia pomysłów, jak ukrócić me
męki.
Aż
w końcu przylazło toto i co mu się zachciało? Mamo pić,
mamo jeść, mamo kaka... Nie, na szczęście w tych
sprawach radził sobie sam. Ba! Nawet jakiegoś niebieskiego potwora
z palemką raczył mi przynieść.‘Bezalkoholowe’ -
rzekł, ale zarówno jego rozbawione oblicze, jak i moja krzywa mina
wskazywały raczej, że więcej w tym rumu niż czegokolwiek innego.
W sumie smaczne było.
No
dobrze, wróćmy może do siatkówki, bo to bezpieczniejsze niż
picie z małolatem. Tylko że, no sorry bardzo, czy ja wyglądam na
osobę lubiącą i umiejącą grać w tę grę? Podpowiem - nie, nie
znoszę. Piłka jest ode mnie większa, a już na pewno silniejsza po
uderzeniu takiego wielkoluda jak Andreas czy ta blondi z nogami do
nieba.
Ileż
ja bym dała za takie nogi!
-
Nie, dzięki, tu mi dobrze - odpowiedziałam niby uprzejmie. Jak już
się tak chłopak postarał, nawet jakąś tu księżniczką
spróbował poczarować, to co? Przecież nie będę taką skończoną
jędzą. - Ale jak już tu jesteś, to możesz mi plecy posmarować.
Nauczka
na wieki - nie prosić dzieci o smarowanie olejkiem. W przeźroczystej
mazi o tropikalnym zapachu ananasów i kokosa byłam ja, on, ręcznik
na moim leżaku, ręcznik na jego leżaku, koc dziewczyn i cały
okoliczny piasek. Tylko olejku na moje plecy brakło.
-
Idziemy do morza się umyć! - zawołał uradowany i nim zdążyłam
zareagować, znalazłam się na jego rękach, a raczej na ziemi, bo
jego tłuste od olejku łapska okazały się jedynie króciutką
przejściówką. Szkoda że tak wysoką. - Nie bij, księżniczko. -
Gdybym już wtedy wiedziała o co mu chodzi z tą księżniczką,
zakopałabym go żywcem na tej plaży.
-
Idę nad basen, a ty mi się lepiej do wieczora na oczy nie pokazuj.
Oczywiście,
że pół godziny później przylazł i rozłożył się dokładnie
obok mnie.
-
Co robisz? - Czytam, nie widać, baranie? Właśnie
jest o tym, jak pozbyć się zwłok. - Zróbmy coś fajnego... Ali i
Flo musiały iść do siebie, a ja nie lubię tak plackiem leżeć.
Fajne panny, tak w ogóle. Polki w dodatku. Richie to, kurczę,
jednak wie co dobre. A te nogi Alicji. Już widzę, jak mnie nimi
oplata. Myślisz, że mam u niej szansę? Taki, wiesz, wakacyjny
romansik. Ej, gdzie idziesz? – W pizd u! Jak najdalej od
ciebie!- Czekaj na mnie, ja też idę do basenu – wydarł
się na pół hotelowego terenu i wskoczył do wody, rozbryzgując ją
na jakieś wyraźnie obrażone tym faktem, starsze panie.
Lepiej
utopić jego czy siebie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz