poniedziałek, 25 sierpnia 2014

4. Afrodyta może się schować

Dzień czwarty
ONA
No i proszę, dodać słoneczko do bałwana i jeszcze człowiek nam wyjdzie.
Ajjajaj... Skłamałabym, mówiąc, że nie spodobała mi się ta nasza mała zamiana miejsc. Że nie polubiłam roli małej dziewczynki, o którą – tak dla odmiany – to ktoś inny martwi się i troszczy. Że zaserwowane do łóżka śniadanie nie smakuje odrobinkę lepiej. A ta młoda, wytrenowana od berbecich lat klata bez odzienia nie prezentuje się wprost... Yyyyy, chwila, chwila. Stop.
Litości!
Tobie to chyba zdecydowanie za mocno to szanowne słoneczko w łeb przygrzało, Vilma.
- Jak tak bardzo chciałaś, żebym się rozebrał, to wystarczyło poprosić, a nie maziać wszystko wokoło tą pianką. - Ufff, bo, kurczę, przez chwilę zapomniałam, z kim to ja mam do czynienia. Jakby tak się nie odzywał, geniusz jeden, to może szłoby uwierzyć, że jest dorosły, a tak to siup i bańka mydlana pryska.
Patrzę więc z politowaniem na tego bałwana – upaciany chyba bardziej ode mnie białym lekarstwem na oparzenia naprawdę przypomina wielkiego, śnieżnego potwora. Jeszcze tylko marchewka zamiast nosa, miotła do łapy i voilà - który szczerzy się jak dureń. Pragnę tylko nadmienić, że to wcale nie ja go wysmarowałam. Sam się, gamoń, ubabrał. Ja się jedynie broniłam przed jego durnym pomysłem niesienia mi 'pomocy' przy kremowaniu dekoltu. Szkoda, że wczoraj taki chętny nie był, tylko głupotą wolał zabłysnąć. Jakby jakiegoś dowartościowania bidulek potrzebował. A wystarczyłoby poprosić jakąś pierwszą lepszą rozpiszczaną hot piętnastkę, a wykrzyczałaby mu to w dziesięciu różnych językach i na pińcet różnych sposobów. Aż by się chłopaczyna wystraszył.
Tak, tak, przyznaję się – ale tylko wam, on ma się o tym nigdy nie dowiedzieć, zrozumiano? – nie wiem zupełnie, co za licho mnie podkusiło, ale wzięłam wczoraj i zgooglowałam tę gwiozdę. Tym razem z prawdziwym nazwiskiem. I co, i co? Okazało się, że, kurka wodna, faktycznie gwiazda z niego. Aż mi się szczęka prawie od podłogi odbiła, kiedy zobaczyłam z kim to ja się użeram.
Skarb Bawarii.
Młodziutki talent sportów zimowych.
Największa nadzieja niemieckich skoków narciarskich.
Normalnie Schmitt i Hannawald w jednym. Zonk! Może powinnam o autograf poprosić? I sprzedać na allegro.
Rażona tym jakże zdumiewającym odkryciem, spędziłam kilka kolejnych godzin na przekopywaniu otchłani globalnej sieci i nadrabianiu jakiejś dekady mojej skocznej ignorancji. No co? Ciacho Sven odszedł, to niby kogo miałam oglądać? Gościa w niebieskich dresach? I w którymś tam momencie dotarło do mnie, że to przecież ci sami wariaci, o których tak często opowiadała mi pani Ulla. Dokładnie ci, którzy na szczęście – przynajmniej według wellingerowej babci – z nami nie przyjechali.
Richard Freitag – nicpoń, hultaj i gagatek, według pani Ulli oczywiście. Istny diabeł wcielony, który tylko sieje zgorszenie i bałamuci te biedne, niewinne dziewuszki. No tak... Tylko, jak się okazuje, to niejedna dziewuszka oddałaby wszystko, aby stać się taka biedna i zostać zbałamucona przez te 'najpiękniejsze skoczne dołeczki i z pozoru niewinne oczęta' pana nicponia. Tak, tak! Co bardziej odważniejsze, to nawet plany porwania tych dołeczków uknuły. Choć muszę przyznać, że ostatecznie z tych ich knowań to całkiem niezły biznesplan powstał. Może ciutkę nielegalnością trąca, ale co tam. Czuję pieniążki – wchodzę w to!
Kochane, szalone fanki mam w posiadaniu ten - chyba najbardziej dochodowy - element Waszej układanki. Zamykam go na klucz i szykujemy się do licytacji.
Ah, już czuję zapach tych milionów.
Niebieski dres dorzucimy gratis!
Severin Freund – nie, nie, on na licytacji nie pójdzie. Musiałybyśmy raczej dopłacić - grzeczny, poczciwy, wychowany i niezwykle sympatyczny chłopaczek, jak to wellingerowa babcia mawia. Taki romantyczny książę na białym koniu. No dobra... Książęcy zamek to on może i ma, ale chyba w Transylwanii. Hrabia Dracula, co to swoje kujące ząbki sprytnie chowa za wiecznie wepchanymi do ust wkładkami do butów. No właśnie! Bo spryt to ponoć jego drugie imię. Taka cicha woda, co to łeb na karku ma nie od parady (a już na pewno nie od estetyki). Wszystko o wszystkich wie i po cichutku tworzy swój plan świata idealnego. Pełnego mydlanych bąbelków, bo tak się składa, że jego największą słabością są wanny i długie kąpiele relaksujące. O jego porwanie jakoś nikt się nie chce pokusić.
Marinus Kraus – 'niby taki miły i sympatyczny, może troszeczkę zbyt nieśmiały i zagubiony, ale mówię ci, Vilmuś, jak ten chłopaczek się uśmiechnie, to aż mi ciarki po plecach przechodzą. Wykapany psychopata! Wolałabym nie oglądać zawartości zamrażarki w jego piwnicy'.
Yyyyyyyyy...
Dobrze, że chociaż w przypadku pana Wanka nie czekała na mnie żadna niespodzianka. Wariat, śmieszek, huncwot – słowa Ulli wręcz idealnie spasowały się z opiniami na temat tego wielkoluda o gołębim sercu. Bo wpuścić do domu ten tajfun, to remont murowany. O właśnie, szefowej nowa kuchnia by się przydała, trzeba by go kiedy na jakiś obiad zaprosić.
Ale co do jednego to muszę się z nią w pełni zgodzić. Całe szczęście, że oni z nami nie pojechali! No przecież ja już powoli świra dostaję mając pod opieką tylko jednego takiego barana. Z całym stadem nie szłoby wyrobić.
- Ubierz się, matołku – Nie ubieraj się, nie ubieraj! - I idziemy nad basen, bo ta twoja luba już tam pewnie z tęsknoty usycha.
Chwila, chwila. Czy mi się zdaje, czy on się zaczerwienił? Moc Polek bywa doprawdy zdumiewająca.

Kilka godzin później siedzimy sobie wygodnie pod ogromniastym parasolem i, popijając – solidarnie bezalkoholowe... aha, szybo się okazało, że jednak tylko ja tu cierpię – drinki, gramy w karty. Początkowo próbowaliśmy w kenta, ale niestety co niektórzy byli zbyt zajęci wpatrywaniem się w piękne oczęta Ali, żeby zauważyć moje znaki, więc skończyło się tym, że go skopałam pod stołem i przegraliśmy z kretesem. No cóż, pan Wellinger chyba święcie wierzy w powiedzenie, że kto ma szczęście w kartach, ten nie ma w miłości - i na odwrót - bo chowa się właśnie za wachlarzykiem stworzonym chyba z połowy talii i szczerzy, jakby mu się zasady Makao pomieszały.
Nie, nie wygrałeś lizaka.
Buzi od Alicji tym bardziej.
Hazard, alkohol i dziewczyny - idealne wakacje dla nieletniego. Biorę aparat i uśmiecham się szeroko.
- Ej, co robisz?
Skaczę na bungee, geniuszu! Nie widać?
- Zdjęcie pamiątkowe. - Jedna umięśniona łapa przewiesza się przez szyję Flo, druga przez Ali. Dwie śliczne dziewczyny w skąpych bikini przylegają do jego młodziutkiego, pozbawionego odzienia ciała. Czarne okulary zsuwają się na nos, a na ustach wykwita pewny siebie smirk. Odsuwam się tak, żeby było widać kolorowe drinki z palemkami i karty na stole. Pocztówka wymarzonego wyjazdu. Nic tylko wysłać Ryśkowi z podpisem 'Szkoda, że cię tu z nami nie ma'. Gwarantuję, że przybyłby w trymiga. Pstryk. - Babcia zawsze marudzi, że nie ma żadnej twojej fotografii, że na ostatniej, którą jej dałeś, masz jakieś dziewięć lat. - Myślałam, że to było jakiś rok temu, ale ciiiii.
Jego spojrzenie mówi jedno. Zrywam się więc z miejsca i, nie zważając na to, że mam na sobie sukienkę, wskakuję do basenu, a on zaraz za mną. Biorąc pod uwagę długość moich i jego kończyn, nie udaje mi się odpłynąć zbyt daleko. Chwilę później moja głowa ląduje pod wodą. Ratują mnie dopiero dziewczyny, które pojawiają się obok, trzymając w dłoniach wielką, dmuchaną piłkę.
- Gramy o buziaki! - No to sobie cwaniaczek sposób na podbój lubej wymyślił. Tylko po co mu do tego ja i Flo? Mi się tam do całowania go nie pali. Próbuję zaprotestować, ale czuję na kostce mocne kopnięcie, a ku mojemu zdziwieniu sprawcą okazuje się Fiona. Zerkam na nią pytająco, a jej ciemna łepetyna szybkim ruchem wskazuje na dwójkę wyjątkowo przystojnych Greków kręcących się koło nas. Dobra, niech będzie.
Nie trzeba ich zbytnio prosić, jeden słodki uśmiech brunetki i, mimo wrzasków oraz protestów Andusia, w szóstkę idziemy na płytszą część, gdzie zaczynamy naprawdę dobrą zabawę. Aż do chwil, w której...

- Złaź z blatu i krój cebulę! - Dochodzi piąta popołudniu, a ja głupia, krzątam się po kuchni, bo zamiast iść do restauracji, jak każdy normalny osobnik na wakacjach, postanowiliśmy zrobić sobie obiad sami. Oczywiście w rezultacie to ja wszystko przygotowuję, a dziecko w dwoma lewymi rączkami, któremu to mamunia zawsze wszystko pod nosek podstawi, jeszcze mi przeszkadza.
- Oczy od tego szczypią – marudzi, ale po mocnym oberwaniu ścierką, grzecznie zeskakuje na ziemię i staje przy desce. - No już, już, wiem, że chcesz mieć śliczne patrzałki dla swojego przystojnego Greka. - Gromię go wściekłym spojrzeniem, ale burak uśmiecha się szeroko. - Tylko wiesz... On chyba woli swojego kolegę. - Rzucam w tę rechoczącą żabę kawałkiem papryki, ale po chwili sama też wybucham śmiechem. Tak, gra z buziakami byłaby całkiem milusia, gdyby się nie okazało, że nasi nowi znajomi zdecydowanie wolą całować się ze sobą niż z nami. - Ej, a tak poważnie, to nie mogłyście się wieczorem zwinąć gdzieś z Flo same? Tak, wiesz, żebyśmy mieli z Alicją dom dla siebie?
ŻE CO PROSZĘ?
Może jestem nieco staroświecka i w ogóle. Wiem, że są wakacje i wtedy wszystko szybciej się dzieje, ale helloł! Dziecino, ty jesteś nieletni i znasz ją niespełna cztery dni.
Dobra, chyba jestem bardzo staroświecka.
- Nie sądzisz, że to trochę... hymmm.. za wcześnie? - dukam, ciesząc się, że spieczona skóra kryje moje rumieńce. Szybko odwracam się w stronę kuchenki, gdyby jednak planował coś wyczytać z mojej twarzy. Pech w tym, że jednak geniusz zauważa moje zmieszanie i, zupełnie nie wiedzieć czemu, rozumie je całkowicie na opak.
- Nie, ale sądzę, że jesteś zazdrosna, księżniczko.
Nie zdążam zareagować. Jedyną odpowiedzią na te słowa, jest łyżka pełna sosu do spaghetti z hukiem lądująca na ziemi. Czuję, jak kant szafki wbija mi się w plecy, a jego usta wpijają się w moje i w niczym nie przypomina to tych kilku buziaków, które wymieniliśmy na basenie, udając brata i siostrę.
- Porąbało cię, dzieciaku – dochodzę do siebie po chwili i odpycham go z całej siły. - Co ty sobie, do cholery myślisz? Masz siedemnaście lat – wrzeszczę, a on bezczelnie wtrąca, że osiemnaście, co doprowadza mnie do istnej furii. - Nie, kretynie, osiemnaście to ty skończysz za dwa miesiące, gówniarzu jeden, na razie jesteś nieletni, a ja prawnie za ciebie odpowiadam. Do diabła, nie jestem jakąś twoją głupią koleżaneczką, ani tym bardziej młodszą siostrą. JESTEM TWOJĄ NIANIĄ!
Nie muszę wam chyba mówić, jak kończy się to wszystko? Nadmienię może tylko, że zapach rozlanego Tokaju towarzyszyć nam będzie jeszcze przez długi, długi czas; na zagubionej resztce potłuczonej butelki Wanki rozetnie sobie nogę; a obrażone trzyliterówki nie odezwą się do nas przez ładnych kilka dni.
Tak, dokładnie! W chwili, w której krzyczałam to wszystko Ali i Flo stały w progu naszej kuchni.
Delikatnie mówiąc - mam przesrane!
***

Dzień wyjazdu
ON
Normalnie chyba zaraz wyjdę z siebie i stanę obok!
A przynajmniej wezmę i opuszczę ten przeklęty pokój.
Zalotny, aksamitny, kobiecy głosik przyprawia mnie o dreszcze. Przymykam lekko powieki, poddając się w walce z wyobraźnią, która bezczelnie podsuwa mi obraz tych małych, kształtnych usteczek w idealnie malinowym odcieniu, która torturuje wspomnieniem, gdy sam mogłem ich zasmakować. Już po chwili gwałtownie otwieram jednak oczy, odpędzam bolesny obrazek, a dławiąca gula w przełyku rozrasta się do granic możliwości. Jeszcze sekunda, a przestanę oddychać. Aksamit znika, zastąpiony przez zmysłową chrypkę. Słowa są coraz rzadsze, rwane, aż w końcu przemieniają się w przeciągłe jęki rozkoszy. Zastygam w bezruchu, gdzieś w połowie drogi pomiędzy częściowo opróżnioną szafą, a ułożoną na łóżku walizką. I jedynie pięści zaciskają mi się kurczowo na trzymanym w dłoniach materiale. Moja czyściutka, nieubrana ani razu koszulka zaczyna wyglądać jak wyrwana psu z gardła.
Mam ochotę go udusić.
Podkręcam mocno muzykę, ale głośny, spazmatyczny krzyk uniesienia po prostu ją zagłusza, wwiercają się w moją głowę i zadają ból niczym odgłos pazurów drapiących szkolną tablicę. Nie dociera nawet do mnie, że z wściekłości rozerwałem podkoszulek na pół.
- Kurde, dobry jest skurczybyk – próbuje zażartować Marinus, który krząta się po drugiej stronie pokoju.
Minę ma jednak nietęgą, choć to akurat równie dobrze może być efekt kaca. No poza tym lekkim, nieudolnie skrywanym zakłopotaniem. I to niby ja jestem dziecko, tak? Coś te freitagowe lekcje chyba cienkie były. To już prędzej ty, z tym swoim dziwacznym, pruderyjno-bezpruderyjnym podejściem do sexu dałabyś mu znacznie lepszą szkołę, niż pan Richard 'Przelecę wszystko co ma cycki' Freitag. Ty, chyba, że to wcale nie jest zakłopotanie...
Uśmiecham się lekko.
Jesteś skończonym dupkiem, Wellinger!
Szybko dostaję za swoje. Nieziemsko zasnuty chrypką ekstazy głosik coraz głośniej mruczy to krótkie zdrobnienie imienia, aby w końcu wykrzyczeć je wyjątkowo wyraźnie i dobitnie. Bez żadnych wątpliwości.
Cholerny fuksiarz!
Mam dość. Kopię z całej siły w walizkę, która niespodziewanie zsuwa się z łóżka i spada na ziemię, rozsypując całą swoją zawartość, po czy kieruję się w stronę drzwi. Zanim jednak udaje mi się dosięgnąć klamki, te rozpościerają się szeroko i staje w nich uchachany Wank.
- Nie trudź się, Welli, na dole słychać ich tak samo jak tutaj. Musiałbyś chyba na ląd popłynąć, żeby przed tym uciec – śmieje się nasz wariat naczelny, rozsiadając się wygodnie na moim posłaniu i otwierając paczkę chrupek. Dobrze, że nie będę już tu spał, bo zapewne w życiu nie doczyściłbym tych okruchów. - Okna se zapomniał zamknąć, chwalipięta jedna. Żeby przypadkiem nikt na wyspie nie miał wątpliwości, kto tu jest prawdziwym bogiem miłości. Normalnie Afrodyta może się schować.
- W życiu bym nie pomyślał, że on jest taki... - zaczyna kadrowy nowicjusz, z wyraźną ulgą dorzucając ostatnią rzecz do swojej torby i ją zasuwając. Brawo, chociaż on się spakował, to teraz będzie mógł mi pomóc uporać się z tym dziadostwem.
- Oj, młody, młody, zdecydowanie za krótko jesteś w tej kadrze. Jeszcze nic nie wiesz – mówi Wanki z miną super doświadczonego staruszka, po czym schyla się po mój but i rzuca nim w ścianę. - Ciszej tam, zboczeńcy jedni. Nie każdy ma ochotę słuchać waszych jęków i wyobrażać sobie waszego szczęścia! - krzyczy, ale odpowiada mu jedynie gardłowe 'jeszcze'. No to bierze dowcipniś mój drugi but i przywala tak, że omal dziury w ścianie nie robi. - Niektórym tu serce krwawi! - Patrzę na niego z błyskiem wygłodniałego bazyliszka w oczach, jednocześnie udając, że całkowicie nie wiem, do czego ten wielkolud pije. Że co? Że niby mnie rani to, że ten cholerny baran zabawia się z dziewczyną moich marzeń? I to tak, żeby cały Cypr ich słyszał? Pfffff. Żarty jakieś! - No proszę cię, Andi, wszyscy wiedzą, że się w niej bujasz. W sumie nie dziwne, fajna laska, ale chyba trochę dla ciebie za stara. Poza tym, nie przejmuj się. Ile ty ją znasz, dzieciaku? Dwa tygodnie? Zapomnisz o niej tuż po powrocie do Niemiec.
- Albo i nie - mruczy pod nosem pan tajemniczy. Bardziej do siebie, niż do nas. - Widziałem ją godzinę i jakoś nie zapomniałem...
- No bez jaj, ty też żeś się zakochał? - burczy Andreas starszy, waląc się swoim wielgachnym łapskiem w czoło. - Powariowaliście wszyscy, czy jak? Słoneczko przygrzało i nagle wszyscy łby potracili. Powiedz chociaż, że nie w tej samej, bo jak, kurde, cała kadra zacznie wzdychać do jednej baby, to ja się wypisuję. Pozabijacie się prędzej czy później. - W sumie to mądrze dureń gada. Dać mu piwo. Ja usłyszę jeszcze jedno 'takkkkkk' i przysięgam, że skrócę jednego łajdaka o głowę.
- Co? Że ja w... Ja nie... Nie, ja... - Plączesz się, drogi kolego. Jak diabli! - Ja nie... zresztą nieważne. Idę na spacer – Zwija się tak szybko, że żaden z nas nie jest w stanie nawet nic powiedzieć. Zresztą chyba obaj jesteśmy w zbyt dużym szoku.
'Widziałem ją przez godzinę' – dźwięczą mi w głowie jego słowa. No, ale jak? Kiedy? Gdzie?
I o kim on, do licha, mówił?
****************

Koniec, kropka! Lepiej nie będzie! Stwierdzam bez bicia, że to chyba najgorszy, najbardziej naciągany i sztuczny rozdział jaki napisałam. W dodatku bardzo na siłę. Dlatego nie ma części wspomnieniowej, bo wyszłaby kolubryna i pisałabym to chyba jeszcze przez miesiąc. Załóżmy, że to taka przejściówka, która po prostu być musiała i trudno się mówi. Mam nadzieję, że następny pójdzie lepiej i szybciej. No i powiem Wam tylko, bo pod poprzednim rozdziałem się znów marinusowo-andusiowe zamieszanie zrobiło, że tym razem już mi tak słodko nie poszło jak przy poprzednich i aż roi się tu od wskazówek co do trójkąta :D

A teraz zbieram się i lecę wreszcie do Was, bo przez tych baranów mi się narobiły tak kolosalne zaległości, że aż mi wstyd. Jak coś, to bijcie Niemców :P

5 komentarzy:

  1. Bez bicia przyznaję, że świetnie wykorzystałaś ten wasz misterny plan uprowadzenia Ryśka, ale Vilma pewnie mogłaby się przerazić bardziej szukając dalej wśród innych skoczków, wśród tych wszystkich fanfików :D I ty mi tu nie marudź! Jest świetnie, no prawie, bo ja wciąż nie rozumiem skąd to całe buzi przy robieniu obiadu ;x A potem mnie trochę serducho zabolało, bo ten Marinus taki zakochany, a wciąż nie chce wyznać przyjaciołom co czuje, zresztą przecież i tak wiem, że będą razem, jak wcześniej wspomniałaś, więc może trochę pocierpieć :D
    weny :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Albo w wakacje moje myślenie jest całkowicie wyłączone, albo tutaj nie ma żadnych wskazówek co do trójkąta. No dobra, może są, ale z tego i tak wychodzi mi co najmniej czworokąt :/
    Ach ta Vilma. Zupełnie nie rozumiem co ona widziała w Hannawaldzie, przecież on do najprzystojniejszych nie należy. No dobra, może na niektórych zdjęciach... c: Ale żeby tak wyszukiwać informacji o Wellingerze? Później kiedyś ukradnie jej laptopa i o wszystkim się dowie.
    Welliś to idiota. Tak bez powodu całuje sobie Vilmę, a później pewnie będzie narzekał, że Flo i Ali się do niego nie odzywają.
    No i zaciekawiła mnie ta ich gra w całuski. Nigdy o tym nie słyszałam, ale już polubiłam tych Greków :D Teraz na Wellisia mogą lecieć trzy kobiety i jeszcze dwóch facetów.
    Biedny, mały Andreas... Musiał słuchać jak jego ukochana jest, hmm, z innym. Tak, ładnie powiedziane. I nie tylko on to słyszał. To musiało być dla nich nieprzyjemne :/
    No i Marinus... On też zakochany? Co się dzieje z moimi kochanymi Niemcami?
    Pozostaje mi już tylko czekać na ciąg dalszy. I hej, rozdział wcale nie wygląda jakby był pisany na siłę, pod żadnym względem nie odstaje od innych.
    Pozdrawiam gorąco :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Ojjjj, jak ja uwielbiam twój styl. Niby to komedia, a mój mały mózg musi popracować bardziej niż przy nie jednym kryminale. Ale to mu chyba przed pierwszym września tylko na dobre wyjdzie, mniejsza...
    Przejdźmy do małych, niemieckich potworków;) Serio zgadzam się z moją poprzedniczką, trójkąta tu ciągle namierzyć nie umiem. Natomiast- mimo, iż geometria, bryły i całe tego typu zamieszanie to mój najgorszy koszmar matematyczny- widzę tu okiem wyobraźni coraz to szersze figury o większej ilości boków. A tego czworokątu to jestem już pewna. No, chyba, że wytłumaczymy to sobie tak, iż któryś z panów młodych pała do rudej jakąś wielką miłością platoniczną, dlatego do ostatecznego rozrachunku nie wliczamy go wcale? A może obaj nie mają noc do rzeczy i gdzieś czai się na przykład taki Richard, w końcu skoro przelatuje wszystko co ma cycki to ruda się nadaje, a Andreasek już to kiedyś chyba nawet stwierdził. Ale oczywiście wątpię w tą tezę. Rysiu za pewne będzie tu robił za darmową, całodobową poradnię erotyczną dla mniej doświadczonych. A w krągu podejrzeń pozostanie Kraus i Welliś. Kiedyś stawiałam na Wellisia przez te gadki o pocałunku. Ale przecież mogło mu chodzić tylko o ten epizod z pierwszej części rozdziału. Te rozbudzone hormonami dzieci;p
    Ale wracając, wychodzi na to, że ten niezbyt szanujący odczucia słuchowe kumpli sprawca 'odgłosów' to Sevcio? Czyli Vilma i król dresów mimo wszystko nadal są razem?

    No i ja jednak stawiam na trójkącik: Ruda, Freundzio i blondas. A Welliś wtyka swoje małe łapki gdzieś z boku, żeby wszystko zepsuć. Albo mści się za utrudnienie sam na sam z Flo. Przepraszam, z Ali, choć chyba nie robi mu to jakiejś różnicy olbrzymiej.
    Kocham Ich i czekam na więcej.
    wenyyyy:*

    OdpowiedzUsuń
  4. "Ciszej tam, zboczeńcy jedni." Wanki zawsze na posterunku :D
    Ty mi nie mów, że ten rozdział jest najgorszy, naciągany i w ogóle nieudany, bo - uwaga - wcale taki nie jest, wyobraź sobie.
    Jest cudny jak zwykle.
    Rozwalili mnie ci Grecy. Już sobie wyobrażam tych wymuskanych, opalonych chłoptasiów, co im się preferencje tak jakby pomylili.
    Welli to jest udany, naprawdę. Niech on by się może zdecydował, bo jedna mu się podoba, druga, piąta, dziesiąta a Ryśka się czepia. Ja wiem, czemu. Bo Rysieniek potrafi przeprowadzić skuteczny podryw w porównaniu z pewnym gówniarzem, co za dwa miesiące 18 lat skończy ;P
    buziak :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie wiem jak to się stało, że zgubiłam ten link. I czekam cierpliwie czekam aż coś napiszesz, i aż się dziwię, czemu nie ma nic. No i wtedy trafiłem! Aia pisała, tylko ja - matoł - nie widziałam. No, ale do rzeczy.

    Bardzo podoba mi się tutejszy klimat. Takie letnie opowiadanko na obecną porę roku jest w sam raz. Podoba mi się nie tylko słońce, ale taki lekki, żartobliwy nastrój i to, że puszczasz oko do nas, czytelników - tych mniej i bardziej wtajemniczonych.

    No cóż ja nigdy nie ukrywałam, że nie lubię Wellingera. A ponieważ on się zaczął pojawiać zawsze i wszędzie to miałam dość i już uciekałam na kilometr. Ale tutaj pasuje idealnie i chyba nikt inny to być nie mógł.

    W ogóle nawet jak ktoś nie przepada za Niemcami, to Ty tutaj zarażasz takim optymizmem i entuzjazmem, że nie da się nie lubić. I nawet ja - która z Niemców to najbardziej lubię Severina (żeby nie powiedzieć tylko Severina :P). Tak, Severina. Naprawdę - odkrywam, że ja ich lubię. Szczególnie w większym skupisku :)

    Pozdrawiam i czekam na ciąg dalszy.

    Aria F.

    OdpowiedzUsuń