wtorek, 5 sierpnia 2014

3. Istoty już nie takie rajskie

Dzień trzeci
ON
I choćby Rysiek miał mnie kiedyś zabić za te słowa, trudno, przeżyję jakoś i powiem to głośno: Mam serdecznie dość tych bab!
Może się geniusz pierwszy największy uwodziciel mądrzyć, jakie to są niby cudne, niezastąpione wprost istoty, anioły normalnie i diablice w łóżku. Wszystko cacy, tylko że cwaniaczek to zazwyczaj zdąży już dawno zwiać gdzie pieprz rośnie, nim toto rajskie stworzenie roztworzy te swoje, nie takie już piękne, skacowane oczęta i zacznie narzekać.
Tu ją boli.
Tam ją piecze.
Tu za gorąco.
Tam za głośno.
Przynieś.
Podaj.
Powachluj.
I najlepiej to w ogóle nie oddychaj, bo świszczysz jak startująca rakieta.
Oszaleć idzie! Może gdyby jeszcze tylko jedna taka zrzęda była - w dodatku ładna i kochana - to dałoby się to jakoś przeżyć, ale z trzema to, wierzcie mi, żaden normalny człowiek nie da rady.
Ułożyły się księżniczki rządkiem w ogródku, bo nawet nad basen im się tyłków ruszyć nie chciało, ogromny parasol przytaszczyć i rozciągnąć nad ich obolałymi główkami kazały, a na koniec jeszcze lodowatej lemoniady sobie zażyczyły. A teraz śpią, bidulki zmęczone jedne, choć południe powoli dochodzi. Ja natomiast nudzę się jak mops w Święta i już nawet zastanawiałem się, czy nie iść na te zajęcia z nurkowania, ale dziś mieliśmy ćwiczyć w parach, a moje ewentualne pary - jak widać na załączonym, niezbyt wesołym obrazku – zaniemogły. Trzeba było je zabrać w porę z tej dyskoteki, a nie radować się jak głupi szczeniak, że wskoczyły na stolik tuż przed moim nosem i tyłkami do shakirowego Tango wywijają. Ahhh, cóż to był za widok. Teraz dureń mam za swoje.
Potrzebuję normalnego towarzystwa!
I tak całkiem szczerze wam powiem, że tęsknie za tymi moimi wariatami, co to sobie beze mnie, zdrajcy, do Hiszpanii pojechali. Za Pierwszym Wielkim, który po dwóch piwach sądzi, że wszystkie panny jego. Nieważne, że ty przez pół wieczora dwoisz się i troisz, próbując zwrócić na siebie uwagę tej ślicznotki, że godzinami wodzisz za nią wzrokiem i wielki plan podboju układasz. Kiedy w końcu udaje ci się wyciągnąć ją na parkiet, tuż obok pojawia się taki przeklęty Freitag. Na szyjach wam się wiesza, trzy razy tymi swoimi dołeczkami po oczach strzela i nim się w sytuacji orientujesz, panna tuż przed twoim nosem w jego ramionach wiruje. Czasem mam prawdziwą ochotę go zabić, ale i tak nie wyobrażam już sobie życia bez tego taniego cassanovy. Podobnie jak bez Wanka-wariata, który na kacu zawsze najlepsze akcje wymyśla. Jak po Lahti, kiedy postanowiliśmy nieco naszego kadrowego przyjaciela nastraszyć i mu tę małą, rudą ślicznotkę z Zakopca ze szczęśliwymi nowinami podesłać. Do końca sezonu sobie zestresowany Richard włosy z głowy rwał, że tatusiem będzie, a w zawodach to się ledwo do trzydziestki łapał. Aż nagle w Planicy nam oznajmił, że się będzie z nią żenił. Dziewczę zdębiało, prawdę, że to jedynie kawał, wyjawiło, pierścionka nie przyjęło, a nas później słuchy doszły, że ponoć w rezultacie swoje skoczne uczucia na Severina przeniosła. Się wielbicielowi niebieskich dresów trafiło, jak ślepej kurze ziarno. Tyle że nasza romantyczna ciamajda, to prędzej ślub zaplanuje, niż pomyśli o zaciągnięciu fanki do łóżka. Trzeba go do tego polskiego Letniego Grand Prix jakoś przeszkolić, bo jak ją na wiślańskim rynku z bukietem czerwonych róż i kwartetem smyczkowym dorwie, a później jeszcze powie, że już jej suknię ślubną wybrał, to rajska istota padnie. Tylko że nie z wrażenia, a ze śmiechu. Po czym znów swoją słodką miłością kibicki do Pierwszego Wielkiego powróci. No i tego nowego, Krausa śmiesznego, to też chyba trzeba na jakieś freitagowe lekcje wysłać, bo toto takie nieśmiałe, że chyba jeszcze nigdy w obecności dziewczyny ust nie otworzyło. Nie mówiąc już o jakiś uśmiechu. Chociaż przyznam, że czasem mi to na rękę, bo dzięki temu, że gościu taki mały, cichy i spokojny, to wszyscy go biorą za młodszego ode mnie. Przynajmniej żadna piegowata jędza by mi nie wypominała, że jedyne dziecko w świecie dorosłych jestem.
O, piegowata jędza chyba czyta w moich myślach, bo ryży łeb podnosi i jedno przekrwione oko odmyka.
- Welli, słońce ty moje.Oho, coś by chciała ogrowa księżniczka. Wczoraj, jak się z mojej małej wpadki wyśmiewała, to jakoś taka milusia nie była. – Starszy braciszku kochany… - Wredny przykurcz szantażysta! – Przynieś mi olejek do opalania, bo mi słońce włazi na nogi. – Chyba powinna się cieszyć, może jej tłuszczu nieco wypali.
Zwlekam się jednak potulnie z leżaka i dryptam do domku, jeszcze bardziej żałując, że nie ma tu tych wariatów. To zawsze Karl po wszystko biega (pięć razy po kawę na stołówce :P biedny Geiger - dop. aut.). I choć nie wierzę w coś takiego jak telepatia, to aż podskakuję do góry z wrażenia, kiedy mój telefon sygnalizuje nadejście MMSa. Otwieram i co widzę? Wyszczerzony Wanki - czerwoniutki cały, jakby pierwszy raz w życiu słońce zobaczył – z wielgachną porcją lodów w łapie. Obok niego Severin w mokrych, obcisłych i o dziwo nie dresowych kąpielówkach w barwie głęboki niebieski. Fuj, weź się chłopie ręcznikiem okręć! Richard oczywiście z łbem odwróconym gdzieś w tył – w jednym rogu fotografii falują długie, blond włosy, nie trudno się zatem domyślić, co odwróciło uwagę drużynowego playboya – ale z oboma kciukami wyciągniętymi wysoko do góry. Zapewne Polka. Marinus oczywiście nieco z boku, ale doskonale widać, jak ukradkiem za blondi ziora. Richi-nauczyciel czasu nie marnuje. Cała czwórca szczęśliwa w magicznym Lloret de Mar.
'Szkoda, że cię tu z nami nie ma' – głosi dopisek pod spodem. Tak, mi też szkoda.
- To twoi koledzy? - słyszę nagle za swoimi plecami zalotny głosik. Pośpiesznie chowam telefon do kieszeni, nim ma długonoga bogini zapatrzy się na Pierwszego Wielkiego, a ja znów zostanę na lodzie.
- A gdzie tam, zupełnie ich nie znam – mruczę, a ona śmieje się wesolutko i wplata swoje zgrabne paluszki w moją czuprynę.
Nie tam, zupełnie nie żałuję, że mnie z nimi nie ma. Tu mi lepiej.
Jedyne co w tym momencie czuję, to jej malinowe usta na moich i drobne rączki, które próbują pozbyć mnie koszulki.
- Mogłabym cię schrupać – szepcze po jakimś czasie, odrywając się w końcu ode mnie i wówczas dostrzegam wymownie uśmiechniętą Flo w drzwiach domku. - Jesteś słodki, Welli – dodaje ma rajska istota, składając na moich wargach ostatniego buziaka i zmykając za swoją rozchichotaną koleżanką.
Słodki? Nie, słodki to nie jest to słowo!
- Leż, posmaruję cię – mówię chwilę później, udając wielce dobroduszne stworzenie i siadam na leżaku rudej jędzy. Nie protestuje. Chyba nawet usypia, bo zupełnie nie zauważa, że zamiast rozsmarowywać białą maź, zostawiam na linii jej lędźwi wyraźny szlaczek, który kilka godzin później zamieni się w piękny, wyrazisty, nieopalony napis.

- Możesz mi, do licha, wytłumaczyć, co to ma znaczyć? - wpada rozczochrana i wyraźnie wściekła ogrzyca do mojego pokoju i dziobiąc mnie swoim krótkim paluchem w pierś, zmusza abym spojrzał tam, gdzie normalnie za spojrzenie strzeliłaby mnie w twarz. No więc patrzę sobie bezczelnie w jej dekolt i uśmiecham się równie szeroko, jak ta blada buźka okalana ogniście czerwoną skórą. Ups, chyba jej nie posmarowałem i się bidula spiekła na raka. Powstrzymuję się przed wywaleniem języka dokładnie tak jak ten, ślad, który celowo zostawiłem i odwracam ją do tyłu, żeby spojrzała sobie w lustro na drugą część mojego dzieła.
Wellinger is sexi!
Wierzycie, że nawet na mnie nie nakrzyczała? Rozpostarła tylko usta i przywołała minkę 'zaraz się rozpłaczę', po czym podciągnęła sobie spódnicę niemal pod brodę i chyba obiecała, że nigdy nie ubierze nic, co pozostawiałoby chociaż kawałeczek jej dolnej partii pleców na wierzchu.
***

Dzień wyjazdu
ONA
Pokonać smoka, uwolnić księżniczkę… Ej, ja chciałam tylko małego, wakacyjnego romansu!
Naprawdę ciężko powiedzieć, co w tym momencie czuję bardziej – mocny uścisk dłoni na mojej talii i słodki pocałunek na ustach, czy może raczej to przeszywające spojrzenie przepełnione smutkiem i żalem?
Chyba się w tobie zakochałem’ – rzucone nocą wyznanie wciąż dźwięczy mi w uszach, paraliżuje ruchy i otępia zmysły. Nic więc dziwnego, że dopiero lekkie odsunięcie i zaskoczona mina Severina uświadamiają mi, że zupełnie nie odpowiedziałam na zachętę ust mojego chłopaka. Odwracam szybko głowę i wyswabadzam z jego objęć, targana przedziwnym dreszczem i myślą, że zachowuję się podle. Sięgam do lodówki po lemoniadę, udając, że jedynie wzmożone pragnienie jest powodem mojego głupiego zachowania. Pragnienie… zabawne, bo coś w tym jest, ale bynajmniej nie o picie tu chodzi. - 'Chyba się w tobie zakochałem'. – Zerkam w te jasne tęczówki i część mnie, tak bardzo chce odpowiedzieć dokładnie to samo. Tyle że to ta druga, ta rozsądna, zawsze bierze górę w walce o prawo wyboru. Wzdycham cichutko i robiąc dwa kroczki w przód, wtulam się mocno w mojego kochanego romantyka.
Słyszę szuranie butów, a później głośny trzask drzwi.
- A tego co znowu ugryzło? - pyta zaskoczony Wank, który właśnie wrócił z biegania i omal nie został stratowany przez wychodzącego kolegę.
- Kto ich tam wie? Powariowały dzieciaki na tym wyjeździe – rzuca filozoficznie Freund, kołysząc mną lekko w swoich ramionach. - Może się zakochał i nie chce wracać do domu?
Omal nie dławię się swoim cytrynowym napojem.
- Muszę się przejść – mówię, po czym po prostu uciekam. Jak parszywy tchórz.

- Nieładnie tak okłamywać własnego chłopaka – podskakuję do góry, słysząc obok siebie twój zaczepny głosik. Unoszę lekko głowę i napotykam naganne spojrzenie błękitnych tęczówek. - Niegrzeczna dziewczynka.
- Spadaj, Welli. Nikogo nie okłamuję! - prycham, próbując odsunąć się na bezpieczną odległość, ale przysuwasz się tak blisko, że musiałabym chyba wskoczyć do basenu, aby nie czuć przez skórę twoich wytrenowanych mięśni. W dodatku zanurzasz nogi w chłodnej wodzie i lekko mnie kopiesz.
- Więc możemy iść do Seva i powiedzieć mu prawdę o tym popisowym trzaskaniu drzwiami? – To ja może jednak skorzystam z opcji wskoczenia do basenu. – Skoro nie masz sobie zupełnie nic do zarzucenia, to chyba nie problem, żeby wiedział, że jest jeszcze jedna osoba zakochana w tobie po uszy.
- Nie wiem o co ci chodzi, dzieciaku – prycham, usilnie unikając twojego świdrującego wzroku. W końcu nie wytrzymujesz, chwytasz moją twarz w swoje dłonie i siłą zmuszasz do skrzyżowania spojrzeń.
- Wiesz jak to cholernie boli, kiedy wymarzona dziewczyna na twoich oczach obściskuje się z twoim przyjacielem? Wiesz… Mam ochotę obić mu gębę za każdy pocałunek, połamać łapy przy każdym, najdrobniejszym nawet dotyku. To mój kumpel, uwielbiałem go i podziwiałem, a teraz… Nienawidzę go! – Przytulam cię niepewnie, bojąc się, że albo mi przywalisz, albo wylezie z ciebie wielkie dziecko i rozpłaczesz się w moich ramionach. Nie jestem pewna, co gorsze. Szepczę tylko cichutkie ‘Przykro mi, Andi’, a ty nie protestujesz względem mojej troski. Chociaż przez te dwa tygodnie zacząłeś nieco przypominać młodego mężczyznę, wciąż jesteś tylko chłopcem. – Ale ty… Myślę, że ty po prostu boisz się szczęścia – dodajesz nagle, umykając spomiędzy moich objęć i zerkając na mnie wyzywająco. – Boisz się różnicy wieku, boisz się tego, co ludzie pomyślą. Wmawiasz sobie uczucia do Severina, bo tak ci łatwiej.
- Andi…
- Miłości do Richarda też byś się bała? – Nie rozumiem tego pytania. – Wyzwałabyś go od niewyżytych zboczeńców, ale nigdy nie nazwała dzieckiem.
- Nie łapię, o co ci chodzi, Welli.
- Powiedz Severinowi prawdę, albo ja to zrobię…
- Jaką prawdę? – Po raz kolejny podskakuję gwałtownie na dźwięk czyjegoś głosu. Nie ma w nim ani odrobimy tego ciepła, tej romantycznej nutki średniowiecznego rycerza gotowego walczyć o swoją księżniczkę. Jest jedynie twardy, chłodny niemiecki akcent i złość. – Jaką prawdę, Vilma?
Mam cię ochotę zabić, ty przebrzydły Wellingerze. Skręcić ci kark, albo wwalić do tego basenu, żebyś się utopił. Wstaję z miejsca, choć nogi trzęsą mi się niemiłosiernie. Sam tego chciałeś, gówniarzu przeklęty!
- Andi znów sobie ubzdurał, że się w nim zakochałam.

###
Trzeci dzień naszego pobytu na Cyprze był, delikatnie mówiąc, dziwny. Gdzieś pomiędzy 'przecież jestem taki dorosły' Andreasem a 'no to będę najbardziej upierdliwym bachorem świata' Andusiem zdążyłam dostrzec chłopca, który nikogo nie udawał, nie popisywał się, ani nie próbował zbytnio zadzierać nosa. Poznałam tego Andiego, z którym za kilka miesięcy połączy mnie coś naprawdę niezwykłego, tego z którym będę dzielić nasze malutkie mieszkanko przy Schellingstraße i godzinami leżeć na balkonie, licząc gwiazdy na bawarskim niebie.
Na razie jednak rozsiedliśmy się wygodnie w ogródkowym jakuzzi i wypatrywaliśmy tej pierwszej, srebrzystej plamki, która miała dopiero rozbłysnąć nad Cyprem. I nawet jeśli było ci choć odrobinę przykro, że zamiast szaleć na dyskotece z trzyliterówkami, utknąłeś tu ze mną, zupełnie nie dałeś mi tego odczuć.
- Nie zimno ci? Cała drżysz. - Urocza troska w twoim głosie dosłownie rozłożyła mnie na łopatki.
W ogóle od rana byłeś jakiś inny. Miły, pomocny, niemal przyjacielski. No może pomijając ten absurdalnie durny pomysł zrobienia sobie z moich pleców – tudzież górnej część tyłka – bilbordu informującego ludzkość o twoim zarozumialstwie. Ty sexi... tiaaaa. Puknij się w ten pusty łeb, dziecino. Jednak skutki tego głupiutkiego kawału wyraźnie dały ci popalić. Widziałam, jak się przejąłeś i chyba nieco wystraszyłeś, kiedy nagle wracając z obiadu przy niemal czterdziestostopniowym upale stwierdziłam, że jest mi zimno, zachwiałam się na niepewnych nogach i omal nie zemdlałam prosto w twoje ramiona.
Słoneczko cię zabije...
Kilku kolejnych godzin praktycznie nie pamiętam. Leżałam w łóżku, targana dreszczami albo próbując rozedrzeć sobie swędzącą i piekącą skórę całego ciała, a ty mnie powstrzymywałeś, albo przynosiłeś kolejne zimne okłady. Kiedy poczułam się odrobinę lepiej, pobiegłeś do miasta, aby wrócić z całą torbą leków, kremów i kefiru. Rozwaliłeś mnie tym tak bardzo, że nie miałam nawet serca wytknąć ci, że ten ostatni specyfik ma nieco inne zastosowanie. Wykrzywiłam tylko usta w coś na kształt uśmiechu, obsmarowana od góry do dołu białą pianką Panthenolu, i po prostu zjadłam ten kefir.
Dziwne pojednanie.
- Nie drżę, baranie, tylko siedzimy w bąbelkach. Bąbelki mają to do siebie, że trzęsą – odpowiedziałam, ochlapując cię przy okazji wodą. - Poza tym, mógłbyś się nieco odsunąć, bo zakłócasz moją przestrzeń osobistą!
- Co zakłócam? - No tak, chyba jeszcze długa droga przed tobą, aby zrozumieć, że nie każdy marzy o przytulaniu się do ciebie. Wówczas nie wiedziałam jeszcze po kim to masz, później poznałam Wanka.
- Ej, ej, co ty robisz, dzieciaku przebrzydły?!
- Myślę, że te sznurki muszą cię bardzo drażnić. Nie można złościć poparzonej skóry, musimy to zdjąć. - Ogłupiałam. Ktoś nam coś dolał do tych bąbelków, czy jak? Powąchałam nieufnie pluskający płyn, zawiązując sobie z powrotem kostium na ogromny, paskudnie drażniący spaloną skórę, supeł. - Nie no, nurkować nie musisz. - Normalnie mnie przytkało. Burknęłam, prychnęłam, fuknęłam i oburzona chciałam wyjść z jakuzzi, ale oczywiście musiałeś chwycić mnie za nogę. Bo durne dziecko nie uczy się na błędach i nie pamięta, jak ostatnim razem skończyły się takie nasze szarpaniny. Nie chcąc więc ryzykować, że znów potraktuję cię jakimś dość brutalnym strzałem, po prostu sobie siadłam. - W końcu się uśmiechnęłaś.
Yyyyyyyyyyyyyyyyyy....
- Pajac – rzuciłam śmiejąc się głośno.
- Ale działa.
Tym razem to ty się uśmiechnąłeś. Tak radośnie, zwyczajnie. Bez tego całego zarozumialstwa i nadętości. Bez próby udowodnienia komukolwiek, że jesteś taki super. I wiesz co? Do twarzy ci z takim grymasem.
Może gdybym miała te kilka lat mniej...
****************

Wow! Jeden chyba z najdłuższych odcinków, jakie kiedykolwiek napisałam. Nie lubię pisać takim kombajnów, obiecuję, że następny będzie krótszy. No i tak bardziej uczuciowo nam się zrobiło – ah ta Wisła :D Wątek trójkącika nieco nam się tu rozrośnie.
Ale w rezultacie to Anduś skradł rozdział. Zaparł się rękami, nogami chłopaczyna i nie dał z siebie zrobić bałwana na całej linii, więc chyba trochę mu posłodziłam. A niech ma, choć po Wiśle nie zasłużył zupełnie.
Odcinek oczywiście z dedykacją dla Mouse i Suomi :D Za nasze wszystkie rozmowy podczas zawodów, które, przyznaję bez bicia, co nieco zostały tu wykorzystane.
No i powiem tak: nie wiem ile z Was zna prawdę o tej historii, ile będzie próbowało ją poznać, a ile zda się na dobroduszność Andusia, ale mi osobiście – choć momentami było trochę trudno – naprawdę fajnie się tak pisze :D Ciekawa jestem Waszych reakcji i przemyśleń, szczególnie względem trójkącika :D
Na koniec przepraszam jeszcze bardzo bardzo mocno za wszystkie zaległości. Widzę, że nie tylko mi Wisła podarowała wenę, z czego niesamowicie się cieszę i wszystko z ogromną chęcią czytam, tylko powrót po tygodniowym urlopie do pracy nieco pożarł mi życie. Wszystko jednak nadrabiam w miarę możliwości i mam nadzieję, że przed weekendem u każdego się zjawię :*

8 komentarzy:

  1. Andi zgarnia rozdział tak, jak wspomniałaś nie dał ci spokój i musiał zgarnąć pierwsze skrzypce w nim no i można powiedzieć, że nawet kochany był, ale tym swoim wyczynem z kremem do opalania popsuł cały efekt :P Oj, Welli, Welli z ciebie to jednak jest dzieciak i raczej nigdy nim nie przestaniesz być.
    Sevcio i jego dresy nieodłącznie musiały się pojawić :D wy już o nich nie zapomnicie, prawda? no przyznać się :P
    weny :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Ajajaj... Całe moje serducho skacze do góry, gdy zabierasz się do pisania o tych drobnych, niemieckich potworkach. Nie wiem co w nich takiego jest, że człowiek się mimowolnie śmieje na widok ich twarzyczek. No, więc muszę Ci po prostu to napisać, choć korzystam z komórki i z góry przepraszam za jakość tego komentarza, ale nie chcę czekać z nim do niedzieli.
    Rysiek, który oświadczał się wrobiony przez Wankiego mnie kompletnie rozwalił. Kocham ten wizerunek. Z jednej strony kompletny playboy, a z drugiej tak nieogarnięte stworzenie- drugiego się nie znajdzie. Ale przykro mi panie Freitag, dołeczki kochane wychodzą z mody i za niedługo już nikt nie będzie mdlał na ich widok- teraz nadchodzi era dresów. I jeżeli dalej chcesz się podobać dziewczynom to czas w nie zainwestować. Hm... Choć czy Rysiunio wyglądałby w niebieskim tak dobrze jak Sevcio:p Trzeba się zastanowić, bo to chyba prywatny patent Seva. Może prawa autorskie sobie zastrzeże i nikt już takich rozciągniętych nosić nie będzie mógł?
    I Welliś. Welliś, który może sobie być niedobry, ale i tak piszesz o nim tak, że uwielbiam go całym serduchem. Widać ma nieprzyjemne wrażenia z zostawionymi przez kumpli pannami. Ale na razie jest sam, więc niech korzysta zamiast marudzić, bo niedługo Wariaty przyjadą- nie ma mowy, żeby nie przyjechały- i jego wolność skończy się tak szybko jak się zaczęła. Ale złośliwiec z niego. Takiej Flo z koleżanką by posmarowania nie odmówił, pewno by jeszcze chciał smarować więcej niż by prosiły- a naszą rudą, która tak się z nim cierpliwie i miłosiernie użera tak traktuje. Niegrzeczny mały Andreasek! Natomiast ta scena z ostatniego dnia- Ruda chyba zaczęła nieźle mieszać. Nie dość, że zaczęła z Sevciem chodzić- (czyżby te dresy były już takim afrodyzjakiem, że nawet czasu na bliższe poznanie nie potrzeba), to jeszcze jakiś romansik na boku się rozpędził. I tak... Po pierwszym przeczytaniu byłam w stanie myśleć, iż tu o Wellisia chodzi. Ale przecież on mówi jej, że kogoś nienawidzi, a Sevcia mu żal więc raczej bił tutaj do trzeciego elementu nieszczęsnego trójkąta. Choć z drugiej strony to: "znowu myślisz Wellinger, że się w tobie zakochałam). Niemniej to tu widziałabym furtkę do tej tajemnej roli pana M, jakoś pasuje mi do tego szoku i wyznania. I doskonale przyznam Welliemu rację bo sama dopiero przeglądając ich zdjęcia z Soczi ogarnęłam, że on ma 22 lata, bo dałabym mu osiemnastkę max, z tą niewinną buźką. Tylko co Andiego to tak rusza. Zemsta na niani, czy zazdrość że to nie on?
    Kocham ten humor, kocham te zagadki, kocham Niemaszki i wszystko co tu robisz. I czekam na więcej. Weny:*

    OdpowiedzUsuń
  3. Nareszcie znalazłam czas i taki moment, w którym nikt mi nie przeszkodzi i mogę na spokojnie ( chociaż przy tych niebieskich kąpielówkach to nie za bardzo) skomentować dzidziusia Wellisia. Czekałam na jego pojawienie się bardzo niecierpliwie, choć sama nie wierzę, ze to piszę. Ja czekałam na Wellisia! Ale ten tu Welliś jest taki rozbrajający w swoich codziennych życiowych problemach, że wybucham śmiechem co drugie zdanie.
    A teraz moment, w którym o mało nie zadławiłam sie powietrzem. RUDA i Ryś. Ryś i RUDA! Czytałam ten fragment po kilka razy dla pewności, ale literki stoją jak byk, więc pozostaje tylko radość. Przede wszystkim nie wiem, czemu Welli tak się dziwi. Przecież to oczywiste, że gdy na parkiecie pojawi się Ryś, to wybór jest prosty i jednoznaczny. Zwłaszcza jak się nie chce iść za kratki za pedofilię :P Jedno spojrzenie i ruda jego. A potem złośliwe żmije wymyśliły ten żart. Choć, nie powiem, całkiem udany i śmieszny. Ale Rysia tak stresować? Welli jesteś złym chłopcem. A pan Freitag okazuje się jest bardzo odpowiedzialny. Przejął sie, oświadczył, po prostu cud, miód i orzeszki. Tylko problem jest, bo jak można przerzucić się na Seva? Ja wiem, że ostatnio pałam do niego niezdrową i niewytłumaczalną sympatią, ale niech Sev nadziei sobie nie robi. Moje serce jest zajęte przez dołeczki w policzkach i nieśmiałe z pozoru oczęta. Poza tym z tym wybieraniem sukni ślubnej to niegłupi pomysł, bo na zakupy nie lubię chodzić, także wdzięczna bym była bardzo. Za to nie tak bardzo za ten kwartet smyczkowy. Pewnie zagraliby niemiecki hymn, albo jedną z dziwnych piosenek, które Sev udostępnia na twitterze, a którą pewnie poleciłby R.
    Co do Krausa, to ja nie widzę problemy. Nawet freitagowe kursy nie będą mu potrzebne, jak go dorwiesz w schowku na miotły. To będzie coś w stylu „jak pozbyć się nieśmiałości w 5 minut z Aią”. Szybko i skutecznie :P
    Gdy zaczęłam czytać o tym mms-ie to coś mi w głowie powiedziało, żeby ominąć ten fragment, bo będę tego żałować. Postanowiłam być odważna. Ale na krótko bo wystarczyło kilka słówek, jedno zdanie- „obok niego Severin w mokrych, obcisłych i o dziwo nie dresowych kąpielówkach w barwie głęboki niebieski” i straciłam poczucie bezpieczeństwa. Sev nam się wymknął z wywiadera i ochoczo hasa po blogach w niebieskim. Trzeba to szybko przerwać, bo ja się boję czytać. Rychu mnie zawiódł, bo już się ugania za blondynkami.
    Pomysł z napisem na ciele Vilmy był słodko pocieszny. Bo co ma zrobić taki biedny Welli? Nikt ( no dobra, poza polskimi hotkami) nie powie mu dobrowolnie, że jest sexi, to musiał się jakoś dowartościować. Reakcja rudej była natomiast nieco rozczarowująca, bo liczyłam na mały łomot. Ale spieczona skóra w tym nie pomaga, więc może odłożyła to na później.
    Ale najlepsze dopiero było przede mną. Wnioskuję, że autorem słów „chyba się zakochałem” jest pan Kraus. Pan Kraus, którego zrobiło mi się niesamowicie żal. Welli wyrasta nam na konspiratora i najbardziej poinformowanego. A Sev na główną gwiazdę. I w sumie bardzo mi to pasuje, wszystko mi tu pasuje, nawet Welli, bo idealnie wgrał się w swoją rolę i takiego go sobie wyobrażałam. Przebiegły, chytry, ale jednocześnie dzieciaczek. Nie rozumiem za to fragmentu o tym, że poznała tego Andiego, z którym będzie dzielić mieszkanie. Myślałam nad tym kilka razy, ale nic mi się nie układa w całość. Trójkątem miał być Sev-Vilma-Marinus, a nagle wyskakuje Andi. Ale może to po prostu mój przemęczony mózg.
    Ten fragment o przedawkowaniu słoneczka świetnie Ci wyszedł :D Chyba wiem, dlaczego :P Przeżyte na własnej skórze daje potem efekt bardziej realistyczny. Ale tak pomyślałam, że mogłaś zachować tę sytuację, aż pojawi się M. I to on nacierałby Vilme kremem :D
    I ciekawi mnie to wszystko coraz bardziej, chcę coraz więcej i więcej. Za dedykację pięknie dziękuję, a ile ja się uśmiałam przy tych rozmowach, to już inna sprawa. Nigdy już nie popatrzę tak samo na niektórych skakajców, a Sev bezpowrotnie zaszył się w moim mózgu.
    Pozdrawiam gorąco i czekam niecierpliwie :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Przybyłam po raz trzeci. Trzy razy musiałam zabierać się za komentarz i nie umiem doprowadzić go do końca, nie mam pojęcia dlaczego. Może tym razem się uda.
    Jestem oczarowana tym rozdziałem, po prostu go kocham. Nie wiem w sumie dlaczego, ale lubię go chyba bardziej niż poprzedni, choć tamten też kochałam XD
    Powalił mnie na kolana gotowy do oświadczyn Rysiek. Zostać wrobionym w taką akcję, to chyba nie było zbyt ciekawe. Choć z mojej perspektywy... jednak było :D W ogóle jak sobie wyobraziłam Freitaga-ojca albo takie małe Richardziątka goniące między jego nogami to dochodzę do wniosku, że jestem na nie. Biedne dzieciaczki. Choć z drugiej strony Freitag-ojciec mogłoby być czymś ciekawym.
    Kocham Wellisia! I to, co stworzył na plecach Vilmy. Geniusz zła. Albo zachowa sobie widoki jej odkrytego ciałka dla siebie, albo zapewnił sobie darmową reklamę. Czego Vilma nie zrobi, dla niego będzie to na plus.
    Freund... Naprawdę go nie lubię. I on zdecydowanie nie powinien zostać projektantem mody xD Generalnie to nie chciałabym mieć takiego chłopaka. Biedna ruda jędza.
    W końcu nic nie rozumiem. Kto się w niej zakochał? Czytam komentarze i widzę coś o Krausie, a ja bym sobie dała głowę uciąć, że chodzi o Wellisia. No nie wiem. Ale jak znajdę trochę czasu to jeszcze raz, na spokojnie sobie to przeczytam. I poprzednie rozdziały najlepiej przy okazji też przeczytam, bo od ostatniego, choć to planowałam, wciąż tego nie zrobiłam ._.
    Czekam na rozwój akcji odnośnie tego trójkącika! Choć w sumie nie wiem nawet o kogo chodzi, ale i tak czekam.
    Pozdrawiam gorąco :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Takie rozdziały jak ten powyżej, przypominają mi dlaczego kocham Twoje opowiadania :-)
    I chociaż przyznam szczerze, że jestem daleko w tyle jeśli chodzi o tę historię, to ten jeden rozdział sprawia, że chcę więcej. Nie mogę jeszcze obiecać, że będę na bieżąco, ale kiedy znów dopadnie mnie tęsknota za blogosferą - Twoje opowiadanie będzie pierwszym przystankiem.
    Pozdrawiam serdecznie Marzycielka

    OdpowiedzUsuń
  6. Uwielbiam Cię, wiesz?
    Oj Andi, Andi.
    Jaki on jest niedobry, jaki on jest wredny...
    Ale jaki słodki.
    Oj przepraszam, zapomniałam, że 'słodki to nie jest to słowo'.
    On by wolał być macho i łamacz serc niewieścich i w ogóle. Cóż.
    Jednak zostanę przy określeniu 'słodki'.
    A i jeszcze 'Wellinger is sexy'.
    No powiedzmy, że przy tym określeniu też mogę pozostać :P
    buziak :*

    OdpowiedzUsuń
  7. A ja to mam refleks, że hoho. Idę czytać dalej :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko dodam, że rozumiem Vilmę, bo sama ostatnio usmażyłam się na słońcu i miałam dziwne wzorki. W prawdzie na łydce, ale to było równie straszne ;)

      Usuń