
Dzień drugi
ONA
Posam
się s miociom syrm...symt... sytmeryczno-licznom i niechoniesznie
szystom!
Nie,
nie, nie! To się nie dzieje naprawdę. O nie! To po prostu nie ma
prawa dziać się naprawdę. Ja protestuję! Za coś takiego, to mi
powinni zapłacić przynajmniej z pięć razy więcej. Plus
odszkodowanie za uraz psychiczny!
Odruchowo
zerkam na zegarek. Za piętnaście szósta. Ma dzieciak zdrowie, nie
przeczę. Tylko główka jeszcze nie ta, jak widać. A raczej
słychać! Enej w wykonaniu bełkocząco-fałszującego Niemca.
Miodzio po prostu! Tylko ciekawe, czy ten inteligent w ogóle wie, co
śpiewa... Tfu - co śpiewać usiłuje. Zgaduję, że ani ciut ciut!
No ale dobra, wakacje są. Poza tym przecież ja sama – w sensie
osobiście, bo tak to z koleżanką byłam – nie dalej jak tydzień
temu japę na pół Stuttgartu darłam i
shakirowe La Tortura moim
marnym, alkoholowo-zawodzącym głosem katowałam. I wierzcie mi, po
dziś dzień bladego pojęcia nie mam, cóż ta piękna, jasnowłosa
dziewoja po temu hiszpańskiemu w oryginale tak szprecha. Niech więc
mu będzie, jestem całkowicie skłonna wybaczyć bałwanowi ten jego
nędzny popis wokalny z odą pochwalną do miłości niekoniecznie
przyzwoitej. Pod jednym, malusieńkim waruneczkiem – niech, do
jasnej ciasnej, już przestanie się wydzierać i łaskawie pójdzie
wreszcie spać!
Ale
nieeeeeee…
Tup,
tup, tup – po schodach się
geniusz będzie gramolił.
Nie
wstanę! O, nie ma mowy! Niech się wypcha, małolat jeden. Sam się
upił, to niech sobie teraz sirota sama radzi. Choćby miał na
czworaka te stopnie pokonać, czołgać się lub do ściany
przytulać. Ja tam nie zamierzam opuszczać mojego wygodnego,
przytulnego posłanka i idealnie wychłodzonego pokoiku. Nie, nie,
nie!
Łup,
łup, łup. Łubudubu dup... Bum. Ała!!! –
Zrywam się z łóżka i pędzę, mało nóg za sobą nie pogubię.
No
przecież, jak mi się idiota drugiego dnia pobytu weźmie i zabije,
to nie dość, że złamanego centa na oczy nie zobaczę, Ulla
zapewne też zwolni mnie z pracy, to jeszcze do domu mi od razu każą
wracać. W samiuśki środek śmierdzącego, upalnego Stuttgartu,
gdzie ani plaży, ani morza, ani nawet jednej, malusieńkiej palemki.
Niech sobie chłopaczyna z tydzień pożyje, żebym się chociaż
opalić zdążyła.
Docieram
migiem na miejsce, choć w połowie drogi sama omal nie wywijam
pokazowego piruetu na moim porzuconym klapku - Ups,
chyba mamy winowajcę - i patrzę niepewnie na
rozwalonego przez pół korytarza patyczaka – oczywiście trzy
kroki dalej piękna, duża, rozkładana sofa! - a dokładnie rzecz
ujmując, na jego klatkę piersiową odzianą w gustowną, czarną
koszulę. No w sumie lepsze to, niż jakby miał niczego na sobie nie
mieć – po co szukać oznak oddechu, skoro można bezkarnie
podziwiać takie mięśnie, co nie? – ale przy mojej słabości do
ciemnych koszul, nie przeczę, przez moment mam spory problem ze
skupieniem uwagi na tym, co istotne. Szybko jednak przypominam sobie
wiek oraz irytujący charakterek tegoż oto gagatka i wyłapuję
miarowy, spokojny ruch jego wychudzono-wysportowanego ciała. Czyli
gagat żyje – plus. W dodatku oddycha normalnie, więc żadne
usta-usta mi nie grożą. Minus. Żartuję. Jakoś „całowanie”
nieprzytomnych mnie nie pociąga. Ale już jakiś drobny
masaż serca… Trzeba by chyba rozpiąć tę koszulę.
Otrząsam
się szybko z tych kompromitujących myśli, bo inteligent oczy
otwiera i wygląda, jakby dostał porządnie obuchem w łeb. Oczy na
wierzch wywala. Przerażenie, ból? Coś tam się czai w tych jego
rozmytych alkoholem ślepiach, a usta wykrzywia podobny grymas.
-
Boli cię coś? - Tak, kurczę, przejęłam się, no! I już wcale
nie chodzi mi o kasę, czy wakacje. Tak normalnie, po ludzku szkoda
mi chłopaka. A jak sobie kręgosłup rozwalił? Albo jakiegoś
wstrząśnienia mózgu dorobił? A może jeszcze jaki inny pierun go
dorwał? W dodatku wszystko, kurka wodna, przeze mnie, bo buty,
matoł, zostawiłam na schodach. – Proszę, młody, powiedz coś. -
Klękam tuż obok i delikatnie chwytam jego dłoń w swoją. Przez
chwilę jestem skłonna wybaczyć mu wszystkie popełnione dotąd
grzechy.
Przez
chwilę!
Podnosi
się inteligent do pozycji siedzącej i targa swoje blond włoski.
Spogląda na mnie, prawie przystawiając swój nos do mojego, po czym
się odsuwa i zaczyna kręcić głową jak opętany, mrucząc przy
okazji coś dziwnego pod nosem. W końcu łapy wyciąga do przodu i
macha nimi gdzieś koło mojego ucha, chichrając się przy tym coraz
głośniej.
-
Dwie rude jędze! Tabuny rudych jędz. Chcą mnie zjeść! Wstrętne,
rude, ziel... Kchik! O nie, czkawki...kchik... dostałem! - Ręce mi
opadają. Nie mam nawet siły wściec się na niego za te rude
jędze. Wstaję tylko z podłogi, otrzepuję króciutkie
spodenki ze Snoopim i chcę odejść, nim dostrzeże te kilka słonych
kropelek błąkających się w kącikach moich oczu. Nie dam
bałwanowi tej satysfakcji, nie zobaczy, że mimo wszystko zabolały
mnie jego słowa. - Ej rude, gdzie idziecie! Księżniczki...
kchik... pomóżcie mi! Kchik! Proszę! Nie... kchik... zostawiajcie
mnie – krzyczy, próbując złapać mnie za nogę.
Ledwo
udaje mi się wejść na pierwszy schodek, a ten niestety w końcu
trafia we właściwie miejsce. Chwilę później mój tyłek z
impetem ląduje na jego brzuchu. Cóż, chyba nawet zbytnio tego nie
odczuł. Nie, nie próbuję wam wmówić, że takie piórko ze mnie.
Wręcz przeciwne, ale mój wielki zadek z całą pewnością wywołał
mniejsze szkody niż stopa, która niefortunnie trafiła w miejsce, w
które trafić nie powinna. Grymas na twarzy blondasa z całą
pewnością wyraża teraz cierpienie. Miejmy nadzieję, że jutro
pijok nie będzie nic pamiętał. Wmówię mu, że Ali lubi takie
brutalne zabawy. On się będzie cieszył, że w ogóle udało mu się
coś zdziałać, a ja zostanę oczyszczona z zarzutów ewentualnego
pozbawienia go szans na potomstwo.
-
O żesz ty, kur... - No proszę, po czkawce ani śladu. W sumie po
pijaństwie chyba też! Trzeba by to opatentować! Trzeźwość
w kilka sekund. Tylko czy cena nie okazałaby się nieco
zbyt wysoka? - To bolało!
-
Podmuchać, pochuchać, ucałować ziaziu? – wydobywa się z moich
ust, zanim zdążam ugryźć się w ten mój głupi język. Zagryza
zęby, powstrzymując ból, po czym zerka na mnie zaskoczony i
rozbawiony! Czuję, jak policzki zajmują mi się żywym ogniem
zawstydzenia. Głupia ja i moje głupie gadki!
-
Podnieciłbym się, gdybyś właśnie nie pozbawiła mnie szans na tę
przyjemność.
A
gryyyy! A bryyy! A aaaaaa...!
Wstaję,
kopiąc go przy okazji jeszcze raz. Tym razem w tyłek.
-
Ej, księżniczko, wracaj tu! Najpierw mnie taka nokautuje, a później
zostawia biednego, samego na środku korytarza!
-
Wypchaj się! Poza tym trzy kroki dalej masz kanapę, bałwanie!
Cztery
godziny później jeszcze bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że
główka Andusia ma przed sobą jeszcze bardzo długą drogę
zdobywania doświadczenia i twardości. Kiedy opuszczam nasz domek,
udając się na lekcję nurkowania, słyszę jedynie głośny jęk i
cichutką prośbę 'zasuń rolety'. Inteligent jakimś
cudem doczłapał się do sofy, leży więc tam skulony w kłębek i
zdycha. No cóż, trzeźwość w pięć sekund najwyraźniej
kaca nie eliminuje. Na plaży zastanę natomiast rozpromienione
trzyliterówki. Świeżutkie, pachnące i bez najmniejszego śladudnia
po. Jedynie rozczarowanie na widok mnie w pojedynkę nieco
psuje ich idealne buźki.
Ojoj!
Rzucam
im tylko, że Andi nie czuje się najlepiej i opadam na gorący
piasek. Jak się okazuje, zdecydowanie za blisko. Przez najbliższą
godzinę zamiast wykładu starego dziada o... no właśnie, nawet nie
wiem o czym... słucham trajkotania i nieustających ochów i achów.
A
jakie on ma śliczne oczy.
A
te jego słodkie blond włosy.
A
jaką ma klatę
No
cóż, nie sposób się nie zgodzić.
A
widziałaś, jak tańczy.
A
jak całuje...
Że
co, proszę???
Czy
już wspominałam, że za mało mi płacą?
***
Dzień wyjazdu
ON
Kazałaś
mi dorosnąć, a sama zachowujesz się jak dziecko we mgle.
-
Chyba się w tobie zakochałem. - Aż wstrzymuję oddech, w
przeszywającej cichy oczekując odpowiedzi. Wiem, że nie powinienem
tego robić, ale chęć poznania twoich prawdziwych uczuć okazuje
się silniejsza od zdrowego rozsądku i uczciwości.
Wycieram
umaziane zieloną pastą do zębów ręce w spodnie od pidżamy, –
przeklęty Freitag i jego durne pomysły – wsłuchując się w
cichy szelest kanapy. Wiercisz się nerwowo, a twój przyśpieszony
oddech słychać nawet u szczytu schodów. Nie wiem, co nie pozwala
ci odpowiedzieć. Dobre serce, które nie potrafi nikogo zranić, czy
może jednak niepewność? Może świat wcale nie jest czarno-biały,
może nudziarze nie łączą się jedynie z nudziarzami, brzydale
z... a nie, sorry... kujony z kujonami, a uczucia do młodszego
chłopaka to może wcale nie jest grzech?
-
Jesteś pijany, nie wiesz co mówisz. - Słyszysz, jak drży ci głos?
Mam odpowiedź na moje pytanie. Chyba właśnie zgrzeszyłaś,
księżniczko. - A ja jestem z Severinem. To jego kocham.
Wstajesz
z miejsca, ale nie jesteś w stanie zrobić ani kroku. Twoja drobna
dłoń pozostaje w zakleszczu silnej ręki.
Uśmiecham
się nieznaczenie. Teraz mogę spokojnie iść spać, bo wiesz co?
Ten twój poukładany świat dorosłych, to jedno wielkie bagno.
Potrzebujesz młodzieńczego szaleństwa, żeby poczuć, że żyjesz.
Że kochasz.
Kłamczuszka!
***
-
Wow! Wanki poszedł biegać? - rzucam w ramach dzień
dobry, unosząc do góry jedną połówkę częściowo
wyciśniętej, częściowo wygryzionej pomarańczy. Cząstka
grapefruita w bardzo podobnym stanie przeskakuje właśnie z twoich
palców do kosza. Robię krok, aby również pozbyć się zwłok
owoca, omal nie wywracając się na skórce od banana. - Rany, czy
ten koleś zawsze musi robić taki burdel?
-
Wiesz co, Welli? Nie chce mi się wracać do domu, kurczę, będę
tęsknić za tym syfiarzem – śmiejesz się radośnie. Nagle
dostrzegam ten błysk w twoich oczach i głupkowaty uśmieszek
błąkający się po malinowych usteczkach. Promieniejesz jak
zakochana małolata. Nie zaprzeczaj!
-
Tylko za nim? - pytam przekornie, robiąc kolejny krok i tym razem
skrzętnie uważając na szczątki wankowego koktajlu, którym nie
udało się wylądować w jego długaśnym przełyku. Odskakujesz w
tył, przywierając plecami do lodówki, a ja uparcie zbliżam się
do ciebie. - Tylko za Wankiem będziesz tęsknić? - powtarzam z
wymownym spojrzeniem w kierunku kanapy.
-
I za Severinem. - Głos drży ci dokładnie tak samo jak w nocy,
kłamczuszko.
-
Co za mną? - Niespodziewany głos za naszymi plecami sprawia, że ja
odskakuję w tył, a ty w bok. Mnie załatwia coś niedużego,
różowego, a ciebie połówka rozciapanej na posadzce brzoskwini.
Ale chwila, chwila, bo nagle przewracasz się na czworaka i
podpełzasz do mnie z miną Krzysztofa Kolumba przy lądach Ameryki.
-
Mój klapek! - wołasz, wyrywając mi z ręki to małe, różowe coś.
Mówiłem
już, że nie znoszę bałaganiarzy?
-
Możecie się łaskawie uciszyć, łeb mi pęka! - dociera do nas
jękliwy głos, a chwilę później nad naszymi głowami pojawia się
rozczochrana i wyraźnie zbolała łepetyna Marinusa.
Szczerzę
się jak głupi, ale tego nie zauważasz, jak zaczarowana wpatrując
się w przeklętego klapa z plamą po gumie. Tak, schowałem ci go
tuż po tym, jak zaserwowałaś mi nim długi i bardzo bolesny
poranek drugiego dnia naszego pobytu na Cyprze.
###
-
Andi, żyjesz? - Dochodziła pierwsza popołudniu, kiedy wróciłaś
w końcu do naszego domku. Jakąś godzinę wcześniej wyłożyłem
się wygodnie na leżaku w ogródku i – wcale nie grzebiąc
wcześniej w twoich rzeczach – zacząłem czytać Harrego Pottera.
No co, przecież to wcale nie są książki dla dzieci. - Andi!
W
darciu japy to ty chyba byłaś mistrzynią.
-
Tu jestem – krzyknąłem, czując jak mój własny głos odbija się
niczym piłka pingpongowa w mojej głowie i wciąż jeszcze sieje
spustoszenie.
Chwilę
później zjawiłaś się tuż obok, tyle że nie sama. Ali klasnęła
tylko głośno w dłonie i, krzycząc radosne 'kurczę, macie
jakuzzi', zrzuciła z siebie koszulkę oraz spódniczkę. Miała
białe, bardzo skąpe bikini, które podkreślało jej opaleniznę i
pozostawiało naprawdę niewielkie kawałeczki bladej skóry. Idealny
brąz na plecach zdradzał, że nierzadko praktykowała też opalanie
topless. W dodatku te jej nogi, długie, piękne nogi do nieba...
-
No proszę, widzę, że z twoim ziaziu już wszystko w porządku. -
Twój rozbawiony i nieco złośliwy głosik wyrwał mnie ze strefy
wyjątkowo przyjemnych marzeń o Alicji. Rzuciłem zdezorientowane
spojrzenie w twoim kierunku, ale szybko dotarł do mnie sens tych
słów. O żesz, faktycznie wszystko działa jak powinno.
Tylko,
kurde, nie w takiej chwili!
Siedząca
obok ciebie Flo odsunęła na bok lustrowaną z pobłażaniem powieść
pani Rowling i szturchając się z tobą porozumiewawczo, również
zaczęła się chichrać.
-
Hej, panny, co wam tak wesoło? - zawołała Ali, ale zanim
zdążyłyście się wychichotać, albo ona zdążyła zobaczyć
powód waszej wesołości, zwiałem do domu.
-
Ej, Welli, zaczekaj. Samemu to tak niezdrowo, pomożemy ci! -
krzyknęła Fiona i teraz rechotałyście już w trójkę. - Tylko
nie wiadomo, czy to Ali tak go podnieciła, czy Hermiona – dodała,
stukając palcem w książkę. Miałem ochotę zapaść się pod
ziemię.
-
A może Ron? Może on lubi rudzielce? - dołączyła się do tego
wszystkiego Ali. Nie mogłybyście chociaż mówić odrobinkę
ciszej? Tak żebym nie musiał tego słuchać. - Gdybyś nie była
jego młodszą siostrą, Vilma, to chyba bym była zazdrosna.
ŁUPS!
Miałem
ochotę cię poćwiartować. Tak drobniusieńko, żeby każdy twój
wredny pieg miał swoją własną cząsteczkę. Owszem, wiedziałem,
że racjonalnie patrząc, w tym wszystkim nie było zbytnio twojej
winy. Przecież nie ty kazałaś mi zachowywać się jak smarkaty
trzynastolatek z burzą hormonów, który pierwszy raz w życiu
zobaczył gołą babę. Ba, przecież ona wcale goła nie była, no
przynajmniej nie w rzeczywistości. Tyle że ja bynajmniej nie
chciałem wówczas myśleć racjonalnie. Prawda była taka, że bez
ciebie, ruda małpo, wszystko układało się wprost idealnie, ale
kiedy tylko pojawiałaś się w pobliżu, znów czułem się jak
głupi dzieciak. Nawet jeśli ewidentnie było widać, że jestem już
młodym mężczyzną.
-
Młodsza siostra, powiadasz? A ileż to ja mam lat? Piętnaście?
-
Siedemnaście. – Miałaś wyjątkowo dziwną minę, a to w sumie
dopiero był początek mojego pogrążania się. - Ja dwadzieścia
trzy.
I
tak oto, zamiast cię poćwiartować, wieczorem musiałem cię wziąć
ze sobą na dyskotekę.
Ruda,
wredna małpa szantażystka!
Boże, Ty naprawdę wróciłaś!
OdpowiedzUsuńTak bardzo się cieszę :D
Pamiętam, jak raz weszłam na Twojego bloga i zobaczyłam drugi rozdział. Z racji, że było już późno poszłam spać i czytanie zostawiłam na następny dzień. Ale wtedy już go nie było. Wczoraj wieczorem miałam tę samą sytuację i bałam się, że dzisiaj ponownie nic nie znajdę. Ale na szczęście mój kochany Welliś (dobra, jakoś średnio lubię Wellingera) wciąż tu jest *o* Cieszę się z Twojego powrotu, brakowało mi tej historii.
OdpowiedzUsuńDobra, do rzeczy. Śpiewający Andreas wydał mi się tak kochany. Chciałabym kiedyś widzieć tę scenę na żywo. W sumie to nawet samo zobaczenie Wellisia na żywo by mi wystarczyło. Ale to jeszcze kiedyś osiągnę xD Ech, moje komentarze tak bardzo dotyczą bloga ;_; Biedna ruda małpa, musiała wstać i zamartwiać się o Andreasa. Dlaczego ona go nie rozebrała i nie zaczęła robić masażu serca? Przynajmniej jedna miła rzecz by ją spotkała. Aż mi się żal zrobiło Andiego, gdy tak został skopany. To musiało boleć :/
Siedzenie na plaży z Flo i Ali chyba nie jest niczym przyjemnym. A ruda (nawet nie pamiętam, jak ma na imię O.o) jest o nie tak zazdrosna. Aż jej współczuję.
Ciekawe wspomnienie Wellisia. Aż pójdę przeczytać poprzednie rozdziały, bo nic z tego nie pamiętam ^^"
Myślałam, że tylko w bajkach można poślizgnąć się na skórce od banana. A tutaj nawet w opowiadaniu prawie się to udało. Ta rozmowa przy owocach też jest ciekawa. Ale tym bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że ja nie pamiętam, co się tutaj działo.
Biedny Welliś, tak poniżony przy swoich dwóch koleżankach. I jeszcze tak perfidnie się z niego śmiać. No dobra, grzechem byłoby nie wykorzystać takiej okazji do śmiechu, ale... to i tak okrutne.
Jee, kochane rodzeństwo na dyskotece <3
Podobał mi się ten rozdział. Mam nadzieję, że kolejny ukaże się szybko, bo jestem ciekawa dalszych przygód Wellisia. Pozdrawiam gorąco :*
PS. Dziękuję za dodanie do obserwowanych :3